Muzyka jako nośnik Bożej łaskawości w duchowości chrześcijańskiej

Wobec tej całej degrengolady politycznej, mowy pełnej obłudy, bezradności i uprzedzeń – zachęcam Drogich Czytelników do lektury tekstu poświęconego muzyce kościelnej. Dziś, kiedy to śpiewanie liturgiczne w niejednej parafii jest takie nieśmiałe, bo powodowane udzielaniem się atmosfery wytwarzanej przez słabych tego świata, temat jest tym szczególnie ważny. Wszak mawiał Św. Augustyn, że kto śpiewa, ten dwa razy się modli.

            Muzyka oraz śpiew to niewątpliwie istotny nośnik treści wiary. Z jednej strony, patrząc już tylko przez pryzmat Biblii, (pomijając zupełnie inne religie pojawiające się na przestrzeni dziejów na naszym globie) dostrzegamy wielość kierunków zdradzających ten fakt (pieśni, hymny, Psalmy, wskazania praktyczne, co do wykonywania tychże, szereg instrumentów wymienianych przy wykonywaniu ich), z drugiej zaś, nieustanna ciągłość muzyki i śpiewu w historii człowieka. Człowiek, chcąc siebie wyrazić na zewnątrz, ze swoimi przeżyciami, emocjami, uczuciami nie zawsze potrafi uczynić to tylko i wyłącznie za pomocą mowy. Poza tym, okazuje się, iż muzyka może być również doskonałym sposobem na to, by leczyć różnego rodzaju stany chorobowe. Przy wielu akademiach muzycznych można dziś odnaleźć zajęcia z muzykoterapii. Celem tych zajęć jest wykształcenie wysoko wykwalifikowanej kadry muzykoterapeutów, którzy mogą ubiegać się o zatrudnienie w placówkach medycznych różnych specjalności, psychologicznych, pedagogicznych oraz w ośrodkach rehabilitacji, rewalidacji, resocjalizacji, a także oświatowych, socjalnych i geriatrycznych.

Mówi się o człowieku, iż jest on homo faber. Wytwarza sobie narzędzia, by w ten sposób siebie wyrażać. Niewątpliwie muzyka oraz śpiew są tego dowodem. Można jednak spotkać się z twierdzeniem, iż muzyka to dzieło nie ludzką ręką stworzone…

W niniejszym opracowaniu pragnę podzielić się swymi refleksjami po lekturze, której autorem jest kard. Joseph Ratzinger: Duch liturgii, (Rozdział 2 – Muzyka i liturgia) Poznań 2002.

Kiedy człowiek staje przed sacrum, kiedy dotyka tajemnicy Boga, tam braknie tego, co stworzone, co dane człowiekowi w zarząd. Stąd na stałe w liturgicznym posługiwaniu zagościło wezwanie, które nawołuje do ciszy: „Pamiętaj, tu jest Pan”. Często można je odnaleźć w formie zawieszki na ścianie, czy drzwiach zakrystii w polskich świątyniach. Wezwanie to obecne jest także w modlitwie. Nie wzywa może ono do milczenia, wprost, ale ma swe odniesienie na nauki Apostoła Narodów: „wiara rodzi się ze słuchania Słowa Bożego”. Stąd też śpiewa się, nie tylko w ekumenicznej wspólnocie z Taize:

Pan blisko jest, oczekuj Go.

Pan blisko jest, w Nim serca moc

Kres tego to, co można krótko określić, jako natura, podpowiada, iż potrzeba łaski. Gdy człowiek dotykający sacrum podejmuje działanie, kiedy nie oddaje się beznamiętnej bierności, lecz podejmuje pieśń, tam z całą powagą należy mówić o łasce[1]. Ma tego pełną świadomość Psalmista, kiedy zaczyna swą modlitwę słowami:

Zbudź się, duszo moja,

zbudź, harfo i cytro!

Chcę obudzić jutrzenkę.

Wśród ludów będę chwalił Cię, Panie;

zagram Ci wśród narodów,

bo Twoja łaskawość aż do niebios,

a wierność Twoja po chmury! (Ps 57, 9, 11)

zapraszając w ten sposób całe stworzenie do pieśni, by wraz z nim stało się śpiewem wychwalającym Boga. Cały psalm w tradycji chrześcijańskiej „wyraża powrót do światła i radości paschalnej, która napełnia wiernego, oddalając strach przed śmiercią i ukazując mu horyzont chwały niebieskiej”[2]. Tak zatem, dopełniają się słowa Świętego Pawła, kiedy mówi, iż, w Nim [Chrystusie] wszystko ma istnienie. Dla Bożej chwały, dla sławienia Miłości Boga do stworzenia słowa i melodie pieśni płyną ku niebu.

            Kardynał Ratzinger zwraca uwagę na to, iż pierwszą wzmiankę o śpiewie odnajdujemy na kartach Biblii wówczas, kiedy czytamy o wyjściu Izraela z Egiptu, gdy wyśpiewuje, po przejściu przez Morze Czerwone, gdy definitywnie zrzucił jarzmo poddaństwa. Mówiąc krócej: doświadczył wybawiającej mocy Boga[3]. W tym miejscu warto przywołać fakt, dotyczący niewolnictwa, który miał miejsce stosunkowo niedawno. Chodzi oczywiście o Stany Zjednoczone Ameryki, kiedy to czarnoskórych niewolników transportowano na plantacje, farmy, etc.

Gdy statki z nimi zbliżały się do portów, wówczas zakazywano im śpiewów, czy używania bębnów, obawiając się niebezpieczeństwa porozumienia z tymi, którzy są już na lądzie. Uważano bowiem, iż mogłoby dojść do rebelii.

Były to początki formowania się muzyki gospel, religijnej muzyki czarnego kościoła. Ta forma modlitwy – zdaniem Jonathana Nelsona – była głosem żalu, jak również formą ucieczki od poniżenia, wyrazem tęsknoty za domem i bliskimi. Wreszcie: muzyka i śpiew były jedyną własnością, której nikt nie mógł zniewolonym odebrać[4]. Jakże bardzo znane to doświadczenia z historii Narodu Wybranego, o których dowiadujemy się między innymi z Psalmu 137:

Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy i płakali

wspominając Syjon.

Na topolach tamtej krainy

zawiesiliśmy nasze harfy.

Mija w tym roku 30 rocznica, kiedy historia biblijna trafiła na światowe listy przebojów oraz na parkiety dyskotek i dancingów. Wszystko za sprawą kwartetu „Boney M”.

Cytowany wcześniej Nelson, mówi wprost: „(…) gospel to sposób komunikowania się z Bogiem. Niektórzy wyrażają swe uczucia, wdzięczność i uwielbienie dla Boga składając ręce do cichej modlitwy, inni płaczą, a jeszcze inni śpiewają. Dla jednego to modlitwa, dla kogoś innego medytacja, wyciszenie się, pomyślenie o tym, co ważne. Przede wszystkim jednak jest to wyrażanie radości z tego, że Bóg jest nadzieją i miłością”[5]. Można więc postawić tezę, iż sam śpiew, który obecny jest w życiu człowieka, stanowi nieodparty dowód na to, iż jest on stworzeniem z natury religijnym, poszukującym zbliżenia do sacrum, wyrażającym w ten sposób wolę relacji z Bogiem. Pytanie tylko, czy jakiemu Bogu śpiewa dziś człowiek. Muzyka, z jaką dziś spotykamy się na listach przebojów, raczej nie nastraja liturgicznie.

Autor cytowanej w niniejszym opracowaniu książki zwraca uwagę na istotny fakt. Chodzi o tymczasowość pieśni Izraela i pragnienia nowej pieśni, „pieśni wybawienia, po którym już będzie panował nie strach, lecz tylko pochwalny śpiew”[6]. Nie jest to nic innego, jak wskazanie na Chrystusa, „Zwycięzcę śmierci, piekła i szatana”, którego zwiastuje radosne wielkanocne Alleluja. Często bywa tak, iż przyzwyczajamy się do wielu rzeczy i spraw, spychając je jako powszednie, bardzo pospolite. Myślę, że warto wyartykułować w tym miejscu fakt, iż śpiew „Alleluja”, obecny przez większą część roku liturgicznego jest niczym innym, jak proklamacją Nowego Przymierza, Nowej Pieśni dla Pana, która trwa nieprzerwanie od 2000 lat w Jego Kościele.

W komentowanej publikacji, autor daje ciekawy i oryginalny wykład na temat Trójcy Świętej. Wychodząc od Psałterza, będącego modlitewnikiem tak dla Izraela jak również dla Kościoła Chrystusowego, poprzez wskazanie na Króla Dawida, postrzeganego jako autora większości psalmów, ukazuje kard. Ratzinger klucz interpretacyjny. Czytamy: Duch Święty, który zainspirował Dawida do śpiewu i modlitwy, każe mu mówić o Chrystusie, każe mu stać się ustami Chrystusa, a zatem w psalmach mówimy przez Chrystusa do Ojca w Duchu Świętym[7]. Z natchnienia Ducha Świętego, Dawid podejmuje śpiew, a wraz z nim kontynuuje go Izrael oraz Lud Nowego Przymierza. Jako przekroczenie mowy, wyjście poza jej ramy, śpiew staje się istotnie wydarzeniem inspirowanych przez Trzecią Osobę Boską. Potwierdzeniem tego, na dziś dzień są ruchy charyzmatyczne, działające w łonie Kościoła Katolickiego, choć nie tylko tu. Dokładnie zaś chodzi o konkretny charyzmat, jakim jest glosolalia. Jednak nie w wymiarze „modlitwy językami” – kwestii skądinąd dość często niejednoznacznej, dyskusyjnej – lecz jako harmonię dźwięku i słów, które przenikając się nawzajem, budzą ducha modlitwy. Widać to doskonale w chorale gregoriańskim, gdzie praktycznie każda nuta, wyśpiewywana przez kantora daje się wychwycić przez słuchającego, czy uczestniczącego w modlitwie. Realizuje się tu prawda objawiona w Liście do Rzymian, Pawła Apostoła: sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami[8]. Poza tym, również klasyka muzyki, perełki kultury, które stworzyli Bach, Mozart, Haendel – to sam balsam na serce człowieka, zwłaszcza, kiedy słucha się je, kontemplując zarazem słowa, które wplatają się w dźwięki (Gloria, Alleluja, Credo). Niemal dotykalna staje się chwała Boża[9].

Należy jednak pamiętać o jednym istotnym fakcie: podobnie jak w ogrodzie Eden, tak też i w dziedzinie muzyki liturgicznej, sakralnej, może dojść do zburzenia porządku stwórczego. Jeśli staje się ona celem samym w  sobie, jeśli ma zacząć zwracać uwagę na twórcę kompozycji, na sposób jej wyrażenia, zaczyna rządzić się prawami komercji, wówczas też istnieje poważne zagrożenie odduchowienie tejże muzyki[10]. Można tu mówić wówczas o wyrugowaniu „trzeźwego Ducha upojenia”, a więc charyzmatu. Jeśli zaś dochodzi do usunięcia łaski, wówczas rodzi się grzech. Dziś bardzo modne stają się rytmy, które już przed wiekami opisywał Platon, jako te, które inspirował Marsjasz, rytmy „dionizyjskie”, wprowadzające w stan odurzenia zmysłów, rozumu, zaś ducha ludzkiego podporządkowała tymże odurzonym zmysłom[11]. Dziś z całą pewnością taką muzyką jest tzw. „techno”, z wszelkimi jej odmianami przyciągającymi do siebie całe rzesze fanów. Nie dość, że jest to praktycznie w 100 % produkt sztuczny, niemający odniesienia do żadnej treści, to na domiar złego generuje agresję a także, bardzo często prowadzi do patologii narkomanii. Sami entuzjaści muzyki techno potwierdzają, iż zdecydowana ich większość, by wzmocnić doznania przezywania tej muzyki, sięga po środki odurzające. Można tu zaryzykować tezę, iż za tego typu „rewelacjami” stoi nie – Boska rzeczywistość.

Rzeczywistość bezładu, nieuporządkowania, rozbicia przechodzącego wręcz w destrukcję. Już starożytni pitagorejczycy upatrywali arche świata w ładzie, porządku. Nie bez przyczyny nazywali uniwersum mianem kosmos (z gr. porządek).

Rodzi się zatem ważny postulat dla świata przez nas zamieszkałego.  Człowiek, korona stworzenia ma w swym ręku pełnię narzędzi ku temu, by dokonywać sakralizacji świata danego mu w zarząd. I nie chodzi o to, by skupić się tylko na muzyce sakralnej, która jest tylko jednym, małym wycinkiem z całości. Bardziej skupić należałoby się na poszukiwaniu autentycznej harmonii w świecie, na jej realizowaniu, choćby tylko w malutkim obszarze swego osobistego doświadczania świata, a w nim Boga.

 

 


[1] J. Ratzinger, Duch liturgii, Poznań 2002, s. 123.

[3] J. Ratzinger, jw.

[5] Tamże.

[6] J. Ratzinger, s. 125.

[7] Tamże, s. 126.

[8] Rz 8, 26.

[9] Ratzinger, s. 131.

[10] Tamże, s. 133.

[11] Tamże, s. 135.

Informacje o Ks. Marek

Jestem w drodze do wolności. Zapraszam chętnych do towarzyszenie w tej podróży,a przy okazji także do dzielenia się doświadczeniami trudu dążenia do wolności.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Augustyn, behawioryzm, Variae i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Muzyka jako nośnik Bożej łaskawości w duchowości chrześcijańskiej

  1. poziomkislow1 pisze:

    ciekawe, ciekawe.. jeszcze jest książka „obyczaje krajów biblijnych” czy coś takiego. tam również można ciekawych rzeczy się dowiedzieć. Ponoć pierwszym muzykiem był Jubal i jak pisze o nim Rdz. 4,21 – „Brat jego nazywał się Jubal; od niego to pochodzą wszyscy grający na cytrze i na flecie.”(BT). Zapewne je wymyślił (wynalazł). W egipskich ceremoniach muzyka stanowiła doniosłą rolę a przecież Mojżesz uczył się w Egipcie. Powiada się, że wiele elementów z tradycji muzycznej przeszło z Izraelitami do Kanaanu (uczczenie muzyką przejścia przez Morze Czerwone). Osobiście bardzo cenię sobie muzykę bez słów.. lub śpiew bez muzyki.. Ale w połączeniu.. też efekt znakomity.. oczywiście nie zawsze.

    Polubienie

  2. Ks. Marek pisze:

    Jest jeszcze jedna sprawa. Czytałem m.in u Benedykta XVI/kardynała Ratzingera, że każdy rodzaj sztuki, czy raczej jej forma ma wpierw wymiar religijny, kultyczny.

    Polubienie

  3. poziomkislow1 pisze:

    Taka nuta pobrzmiewa również z innych pozycji mówiących o różnych początkowych wyznaniach czy też pierwotnych kulturach. Być może zajarzę zatem do czytanej przez Pana pozycji…aczkolwiek przyznaję się.. jakoś trudno mi się czyta tego autora. Nie wiem czemu. Mimo, że słyszałam niejednokrotnie opinię, że lepiej się tegoż autora czyta niż słucha. Ja mam trudność w czytaniu akurat.

    Polubienie

  4. Ks. Marek pisze:

    No cóż, to już kwestia bardzo indywidualna. Mnie akurat łatwiej poczytać papieża, ponieważ słuchanie jest niemożliwe – nie znam ani włoskiego, ani niemieckiego. Powiem Pani, Katarzyno, że Benedykt XVI trafia do mnie znacznie szybciej i bez większych przeszkód, niż Jan Paweł II, czy np Henri de Lubac.

    Polubienie

  5. poziomkislow1 pisze:

    Ja się po prostu uprzedziłam. i w tym tkwi problem.

    Polubienie

Proszę, wypowiedz się

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.