Z pamiętnika wiejskiego proboszcza: podsumowanie remontu dachu plebanii

Z Bożą pomocą wczoraj zakończyliśmy remont dachu na budynku domu parafialnego, czyli plebanii. Tutaj można znaleźć fotorelację z przebiegu prac. Przyznajcie, że efekt jest niesamowity, prawda? Nie byłoby to możliwe, gdyby nie ofiarność naszych Parafian oraz ich zaangażowanie a także bez ludzi dobrej woli, których nie zawaham się nazwać Przyjaciółmi Parafii pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego w Chojniku. Pan Leon zrobił w niesamowicie krótkim czasie żmudną pracę odwzorowania i wyfrezowania ozdobnych wiatrownic i wróblownic, Marcin natomiast, który jest akolita i lektorem w Parafii, a na co dzień rolnikiem, zatroszczył się o odbiór odpadów remontowych i transport materiału potrzebnego do prac wykończeniowych.

Dzięki Waszemu wsparciu finansowemu możliwe będzie zapłacenie Wykonawcy prac, Panu Pawłowi Machlewskiemu, 75% należności, resztę zaś spłacimy w terminie, jaki ustaliliśmy z Panem Pawłem. Przy tej okazji też jemu dziękuję za fantastyczną robotę, jaka wykonał wraz ze swoją ekipą. To już nasza druga odsłona współpracy, a firmę Pana Pawła Machlewskiego z serca polecam każdemu, kto potrzebuje solidnego wykonawcy pokrycia dachowego dla swego domu.

Wczoraj także wybraliśmy się z Panem Machlewskim do Sambrodu, by obejrzeć tamtejszy kościół filialny, któremu patronuje Najświętsze Serce Pana Jezusa. Przeprowadziliśmy wstępny przedmiar, by mieć jakąś ogólną orientację ile jakiego materiału potrzeba na remont tamtejszego dachu. To powierzchnia ponad 900 metrów kwadratowych. Dach bardzo stromy, tak zwany „mansardowy” (po 2 odrębne połacie dachowe z każdej strony budynku). Traf chciał, że podczas przemieszczania się po strychu kościoła, uległem wypadowi. Już wiem, że niegroźnemu, bo skończyło się na bardzo rozległym stłuczeniu lewego kolana. Na jakieś 2 tygodnie mam ograniczone możliwości w przemieszczaniu się, by kolano się wygoiło. Zastanawiam się, co Pan chce mi w swej opatrzności tym zdarzeniem objawić. Bo że chce, to nie mam najmniejszych wątpliwości.

Ratownicy medyczni i pielęgniarz w szpitalu mówili, że trzeba robotę oblać. Że to przez brak świętowania końca prac zdarzył się wypadek. Mnie zaś się zdaje, że trzeba się po prostu „podelektować” tym, co jest zakończone, co tak bardzo cieszy oko wszystkich wokół. To bardzo ważne, żeby radość wybrzmiała, żeby się nią nacieszyć. Wszak Jezus przez 4o dni, czyli tyle ile potrzeba, ukazywał się Ludowi, by potem wstąpić do nieba a następnie wraz z Ojcem posłać Ducha Świętego do Kościoła.

Wielka jest ma radość, tym bardziej potrzebuję się nią podzielić z Wami, Szanowni Czytelnicy bloga, pośród których są także Ofiarodawcy. Radość ma a także Parafian będzie tym większa, jeśli będziemy mogli – a Wy, jeśli będzie mieli taką wolę – poznać Was osobiście oraz gościć w naszych parafialnych progach.

9 sierpnia obchodzić będziemy w Parafii odpust. Suma odpustowa będzie odprawiana o godzinie 13.00. świętowanie jednak rozpoczynamy już wieczorem w piątek, nabożeństwem pokutnym i mszą świętą a po niej całonocną adoracją Pana Jezusa w Najświętszym Sakramencie. Ze względu na COVID19 na obecny czas nie planujemy pikniku odpustowego, ale z pewnością jakąś formą gościnności uhonorujemy wszystkich gości.

Zapraszam serdecznie do kontaktu: ks.marek.radomski@gmail.com

Opublikowano Dzieje, Variae | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

18 letni Jojakin na 18 urodziny

Jojakin bez walki poddał Jerozolimę pod władzę Nabuchodonozora, poganina z Babilonii – krainy z znaczeniu biblijnym równorzędnej Egiptowi, to znaczy siedliska grzechu, zła i demonów. Jojakin, jak i jego dziadowie, czynił wszystko to, co złe w oczach Boga. Tak się rozlubował w tym złu, że poszedł w objęcia szatana, którego uosobieniem jest Nabucco. Satrapa Babilonu zabrał w niewolę co znaczniejszych obywateli Narodu Wybranego, w tym także rzemieślników. Dlaczego ich? Ano bez fachowców nie ma rozwoju, następuje uwstecznienie a co za tym idzie, bieda, głód oraz śmierć. Niewola babilońska była strasznym doświadczeniem dla Żydów. Nie dość, że król ich wydał, to dodatkowo zostali wyrwani z korzeniami z Ziemi Obiecanej i przeniesieni do krainy „bez Boga”. O tym napiszę więcej przy innej okazji. Dodam tylko krótko: Nabucco zmieniał zniewolonym imiona. A to tylko domena Boga, vide: Abram – Abraham, Kefas – Piotr. Szatan papuguje Boga, poprawia Go niejako. Jest wiec szatan nieskończenie pyszny, zaś Bóg nieskończenie pokorny.

Oni wtedy zostali zdradzeni przez króla. Ich los zgotował im grzeszny Jojakin. Ale popatrzmy na nas, ludzi obecnego czasu. Czyż nie przypominamy naszymi postawami Jojakina właśnie? Pozwalamy sobie na usypianie sumień, na mamienie naszych myśli i serc pokusami skutecznego „rad sposobu” naszych mniemań i ambicji, rozwadniamy pojęcia dobra i zła, pierwsze zyskując nie wysilając się zbytnio, zło zaś relatywizując, usprawiedliwiając je na tysiące sposobów? A że mało kiedy żyjemy sami, bez relacji, narażamy taką postawą bliźnich na dokładnie taką samą zagładę, jak miało to miejsce te kilka wieków przed Chrystusem, kiedy Nabuchodonozor uprowadził z Jerozolimy „kowali i ślusarzy”. Nie trudno nadać ludzkie kształty tym rzemiosłom. Kowal – autorytet, przewodnik, mentor: rodzic, wychowawca, wytwórca wszelkich narzędzi materialnych i duchowych; ślusarz – nauczyciel, naukowiec, wynalazca, duchowny.

Patrząc na otaczającą rzeczywistość, nie da się nie zauważyć, iż historia na pewien sposób znów się powtarza. Mimo, iż Chrystus zszedł między nas, chce być między nami, jako Jedyny Pośrednik u Boga, to jednak pchamy się w niewolę Babilońską. Zapracowujemy się, zatracamy się dla spraw, które nie są tego warte, marnujemy energię duchową, oddając się nienawiści, zazdrości, wszczynaniu zamętów. Mnóstwo spraw dajemy sobie wtłaczać do głów i serc, by w rezultacie to, co jeszcze zostało drogocennego, umarło i pozwoliło na wzięcie nas bez walki w niewolę złego.

Dziś modliliśmy się w intencji pewnego młodego człowieka, który wkracza w pełnoletność. Nie wypadało mu życzyć nic innego, jak tylko tego, by ci, którzy „nim rządzą” nie byli jak Jojakin i jego matka, lecz by walczyli do ostatniej kropli krwi o to, co warte tej najwyżej ceny. Trzeba też było życzyć nastolatkowi, by sam wykorzystał jak najlepiej się da swoje życie, pasje, by mógł być w przyszłości takim „kowalem, czy ślusarzem”, który ochroniony, otoczony murem bezpieczeństwa i troski, nie da się uprowadzić z Ziemi Obiecanej, by być umieszczonym w przedsionku piekła. Wreszcie, nawiązując do Ewangelii, by przyjął kurs na mądrość Bożą, przeciwstawiając się głupocie. Najlepszym na to sposobem jest trwanie przy Chrystusie, Który daje Siebie w sakramentach świętych. Tenże Chrystus, gromadząc nas dziś na Eucharystii mówi do osiemnastolatka głosem wspólnoty Kościoła: potrzebujemy Ciebie! Potrzebujemy Twojej modlitwy z nami i za nas, Twych Komunii Świętych przyjmowanych w intencjach wspólnoty naszej, lokalnej, i całego Kościoła Powszechnego! Bez Ciebie jesteśmy słabsi, niekompletni.

Jojakin, jak zaczął pełnić władzę miał 18 lat. Stało się, jak się stało. Nasz Parafianin, jak każdy z nas, jest zaproszony do bycia mądrym, do stania się kimś zupełnie innym, niż król mameja. !

Opublikowano Biblia, Puncta, Słowa o Słowie, Słowo | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Wiejskiego proboszcza słów kilka n/t problemu homoseksualizmu w Kościele

  1. Od długiego czasu już dostrzegam wysyp opinii n/t problemu homoseksualizmu w Kościele. Żeby było jasne – wiem, że homoseksualizm u ludzi Kościoła, w tym u duchownych, występuje, i z tym faktem nie zamierzam ani trochę dyskutować.

2 Jest też dodatkowy nurt opinii w związku z powyższym. Mowa w nich o tym, że Kościół powinien się oczyścić a tego nie robi. Szczegół, że Kościół to WSZYSCY ochrzczeni a nie jakiś bliżej nieokreślony twór, redukowany nierzadko do duchowieństwa.

Tym dwom powyższym punktom chce się nieco przyjrzeć, im poświęcić uwagę w tym wpisie.

  1. Ostatnie wydarzenia wzmogły wysyp tych opinii. Wielu publicystów zawodowych jak i amatorów poświęca im swój czas. Czytając tą publicystykę, widzę w niej masę krytyki bardziej lub mniej rzeczowej, kulturalnej, na poziomie, lub niemalże knajacką. Nie chodzi mi jednak o styl, bo on jest dla mnie w tej chwili drugorzędny. Bardziej uderza mnie, że NIKT nie potrafi dać jakichś choćby szkieletowych wskazówek, podpowiedzi, co robić, jak przeciwdziałać. Ta publicystyka to takie wylewanie frustracji, oburzenia, bezsilności. Pytam niektórych publicystów, rozmawiam z moim znajomymi księżmi, i nic! Wszyscy widzimy problem, widzimy jego zabójcze skutki, a mimo wszystko nie potrafimy podjąć skutecznego przeciwdziałania antykulturze gejowskiej. Poza tym, tak sobie teraz tez pomyślałem – czy nie jest to dowód na to, iż homoseksualizm jest moralnie naganny? Skoro bowiem generuje tyle negatywnych, skrajnych emocji i postaw, no to nie może być ani dobry, ani nawet obojętny.

 

  1. Kościół jako podstawowe zadanie ma w swą misję wpisane ewangelizowanie. Takim wzorcowym przewodnikiem w tym dziele są Dzieje Apostolskie. Zwróćmy uwagę na ich 15 rozdział, na tzw „sobór jerozolimski”. Chodziło o uporządkowanie kwestii, które wprowadzały zamęt w nowopowstającym Kościele: twierdzili niektórzy żydów, że oprócz chrztu potrzeba tez obrzezania. Sprawę rozwiązano w prosty sposób. Posłano do pogan, którym siano zamęt, wysłanników. Ci ogłosili im co obowiązuje, pomogli im wdrożyć się w to i poszli dalej głosić Ewangelię. Czynili to aż po męczeństwo. Ich krew, łącząc się z Krwią Pańską niejako, oczyszczała skutecznie Kościół. Nie ich rękoma, lecz postawą i sercem uczniów, których czynili. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że Kościół doby XXI wieku słabo, wręcz incydentalnie przystaje w i wielu kwestiach zasadniczych do kościoła APOSTOLSKIEGO. Dziś Kościół jako całość jest w słabej kondycji moralnej i duchowej, nie ma poczucia tożsamości z Mistycznym Ciałem Chrystusa. Liczymy się dziś z wieloma podmiotami, ale chyba zbyt słabo z Tym Pierwszym Podmiotem, od Którego wszystko bierze początek. Boimy się do tego przyznać. A przecież nasz Pan mówi jasno i wprost: Poznacie Prawdę, a Prawda Was wyzwoli! Sam się zastanawiam, ile zmarnowałem okazji, by zapytać wręcz wprost, oczywiście z miłością, mego współbrata w kapłaństwie o to, czy np. potwierdzi, że jest homoseksualistą, czy nie. Nawet gdyby skłamał, czy zepitetował mnie, to zawsze jest szansa, że Bóg poprowadzi naszą historię dalej, na swoją chwałę.

Zakończenie

Boli mnie, jako duchownego, że Episkopat tworzy pisma, dokumenty, mowę – trawę – czyli tak naprawdę politykę. Nie ma zaś żadnych konkretnych działań. Ewentualnie bywają takie jak w Kaliszu, czy innych seminariach, że przełożeni, którzy problem homoseksualizmu u alumnów zauważają i odsuwają ich z drogi ku kapłaństwu. Płacą za to wysoka cenę ci przełożeni. Więc pewnie bywają i tacy, którzy nie chcąc się narażać przełożonym, żyją w wewnętrznym konflikcie.

Jest taki serial,  Mindhunter. Opowiada o rozwijaniu się behawiorystyki w służbie FBI. Jest tam wątek seryjnego zabójcy, z Atlanty, sprawcy 30 zabójstw. Po długich miesiącach złapano człowieka, który być może zabił 2 z nich, może nie – i pod naciskiem „góry” FBI wymuszono procesowanie poszlakowe. Tak mi się skojarzyło z problemem homoseksualizmu w ogólności, jak i pośród duchownych. Tworzy się masę opinii, poglądów, tez. Wyrasta z tego morze polityki, albo jak ktoś woli PR`owego, jałowego zgiełku. A tymczasem antykultura gejowska, jako, wg mnie, efemeryda komunizmu pochłania wciąż nowe ofiary.

Jezus mówi: Mowa wasza niech będzie tak – tak, nie –nie… Ile można by było uniknąć zła, gdy ta prosta zasada była priorytetem w naszym życiu chrześcijańskim, gdy chodzi o komunikowanie prawdy naszym bliźnim?

Święty Janie Chrzcicielu, bezkompromisowy Heroldzie Prawdy, wspieraj nas!

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Rebelya, Variae | Otagowano , , , , , , , , , | 6 Komentarzy

Opowieści osobistej treści: o mały włos, czyli o tym jak Pan Bóg pisze prosto po krzywych liniach życia

Mając jeszcze w pamięci dzisiejszą homilię oraz zachęcony motywacją Twitterowych Znajomych :

postanowiłem podzielić się także tu, w przestrzeni mediów społecznościowych, wirtualnych, okruchem swego życia. Okruchem, który jak wierzę, dziś jest dość pokaźnych rozmiarów bochnem chleba, zaopatrującym mnie w to „coś”, co dodatkowo, poza łaskami sakramentalnymi, dodaje mi energii albo raczej odwagi, by mierzyć się z różnej wagi wyzwaniami kapłańskiego posługiwania. Dodatkowo, historia, którą przywołał w twitterowym wątku Bartek Parys SVD:

ośmiela mnie do opisania mego przypadku, który, gdy się wydarzył, nie powiem, żeby mnie nie obszedł. Kto wie, co Pan ma dla mnie przygotowane… Sądząc nie tylko po tym, co poniżej opisane, to nie będę narzekał w życiu na brak wrażeń. I wrażenia te, to nie jakaś sztuka dla sztuki, ale produkt konkretnych działań, które służą tym, do służby którym zostałem posłany.

To było 23 lata, krótko po wstąpieniu do seminarium. Miesiąc, może dwa. Sobota. Przeglądając gazetę z programem TV zauważyłem, że tego dnia w Kinie Nocnym miał być film – nie pamiętam już dziś, jaki, ale wtedy mi znany,. Jeszcze sprzed seminarium. Zareklamowałem go kolegom. Decyzja – oglądamy! Cichcem poszliśmy na 3 piętro, do tzw pokoju profesorskiego, gdzie był stary, lampowy telewizor. Rozsiedliśmy się na kanapie, zrobiliśmy herbatkę, a nawet żeśmy papierosy sobie zapalili, i czekamy, aż telewizor się rozgrzeje, by zacząć seans. W tak zwanym międzyczasie mówię do kolegów: a co byście zrobili, gdyby tak teraz wszedł tu wicerektor? Koledzy rzucili do mnie: cicho bądź, nie marudź, jest głęboka noc, nikt już nie będzie chodził, sprawdzał…. Ledwo ostatnie słowo wyszło z ust któregoś z kolegów, usłyszeliśmy skrzypienie drzwi, cyk! Zapaliło się światło, a w drzwiach stanął wicerektor. Wygonił nas do naszych pokoi, a rano kazał stawić się na dywanik. Ciężko było zasnąć. Wszyscy myśleliśmy jednakowo – wywalą nas.

Jednak rankiem niedzielnym otrzymaliśmy mega burę – pomogła nam się określić, czy my niesforne dzieci jesteśmy, którym potrzeba specjalnej troski, czy młodymi mężczyznami, którzy już w jakimś stopniu mają zarysowane ramy odpowiedzialności, posłuszeństwa. Przyznam, że wolałbym w tamtym czasie za karę rozładować wagon węgla, niż słuchać bury od ks. Wojciecha. Jak się później okazało, jednego z lepszych profesorów a także mego kaznodziei prymicyjnego.

Jest coś takiego, o czym mówimy, my, duchowni: łaska stanu. Jest to coś, co bym określił jako taka „iskrę”, wyczucie, 6 zmysł. Polega to na tym, że człowiek znajduje się w odpowiednim miejscu o właściwej porze, albo wypowie słowa odpowiednie, albo je usłyszy, i wskutek tego doświadczy szczególnej bliskości Boga, czy też innym go przybliży. Nie tylko jako ksiądz. Każdy ma swoja łaskę stanu, „pakiet usług dodatkowych” wszczepiony przez Trójcę Świętą, by nie być zagubionym, bezsilnym, czy bezradnym. Łaska stanu jest dana każdemu, ale nie każdy z niej robi użytek. Bez wątpienia, pozytywnym przykładem współpracy z Bogiem przy wykorzystaniu łaski stanu jest prorok Jeremiasz i inni prorocy, czy też Apostołowie. Negatywnym zaś przykładem są zaś np. Saul czy Judasz.

To co opisałem to pewien fakt z mego życia. To, co odczytałem w tym wydarzeniu było tym, co Jezus powiedział na ucho, dlatego mówię Wam o tym „z dachu” gmachu, jakim jest sieć www. Nie mogę nie mówić o tym, czego doświadczyłem, jak mocno wierzę, od Boga, Który nie chce śmierci grzesznika, lecz by się szczerze nawrócił i miał życie. Dzielę się z Wami historiami z mego życia, bo także mocno wierzę, że wiara rodzi się ze słuchania/czytania. I chcę dla Was tego co sam otrzymałem, a nie będę nic a nic zazdrosny, jeśli otrzymacie dużo więcej niż ja!

Na koniec apel o pomoc. Mój współbrat w kapłaństwie, posługujący na misjach w Peru, w związku z pandemią COVID19 jest w finansowym dołku. Jeśli ktoś z Was, Drodzy Czytelnicy ma możliwość wsparcia Maćka, jego parafii, to proszę o skorzystanie z tego linku https://paypal.me/pools/c/8qbmjzQ2Ha

Zobaczcie moi Drodzy, że nieraz potrafimy się gniewnie boczyć, że mają gigantyczne nieraz zaplecze finansowe i szerokie wsparcie różne inicjatywy przeciwne, wojujące z chrześcijanami, Kościołem a nade wszystko z Bogiem. To boczenie się i gniew wypłukują z nas energię, pomysłowość. Sprawiają, że marnujemy talenty, także łaskę stanu. Natomiast, odnajdując więzy duchowej krwi między sobą, między ludźmi, którzy kochają Boga, Kościół i drugiego człowieka, ze względu na miłość do Boga, możemy wspólnymi siłami fantastyczne rzeczy współdziałać, realizując w ten sposób proroctwo samego Jezusa, że On nie ma nic naprzeciw temu, byśmy większe rzeczy czynili niż te, które zostały opisane w Ewangelii.

Gorąco zachęcam do wsparcia finansowego Macieja i jego misyjnej parafii. Radosnego dawcę miłuje Bóg!

Opublikowano Dzieje, Słowa o Słowie, Słowo, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , | 1 komentarz

Z pamiętnika wiejskiego proboszcza: prognozy farorza na Kościół post-pandemiczny

Rozmawiałem dziś z Panem Romanem, który użytkuje parafialną łąkę. Mówi mi, że nie ma jak sianokosów ogarnąć. Co z tego, że skoszone, jak nie schnie, bo co i rusz popada. Mówi, że deszcz będzie lada moment. Patrzę na pogodę w smartfonie, widzę – upały i burze. Pan Roman mówi – widzi sam proboszcz, lipa jest. Na to odpowiadam, że burze będą po południu. A Pan Roman kontruje – no ale siano zbiera się po południu. Tym razem ja ripostuje: Panie Romanie, przemija postać tego świata. Trzeba zmienić przyzwyczajenia, by nie weszło w krew narzekanie, lecz by była radość. Wszak Pan Bóg daje nam obietnice, że nasz płacz i lament przemieni w wesele. I rzeczywiście, czyni to nieustannie. Ale potrzebuje mieć w nas współpracowników. I – jak uczy Św. Bazyli Wielki, trzeba nam nieustannie myślą wracać do Stwórcy, do pamięci o tym, że mamy pełnić jego wolę. Używa świetnego porównania. Kowala, który wykuwa topór. Potrzebuje on mieć w myśli cały czas zamawiającego, to jak on wygląda, jakie oczekiwania zostawił, by w ten sposób obaj byli zadowoleni. Kowal z zarobku, zamawiający z topora. My to ów kowal, toporem jest nasze działanie, współpraca z Bożą wolą, Zamawiającym jest sam Pan.

Jakiś czas temu rzucił mi propozycję Pan Tomasz Teluk , bym napisał parę zdań nt tego, jak wg mnie będzie wyglądał Kościół po pandemii. Dziś, w czasie spotkania z Panem Romanem, ale też i parę dni wcześniej mocno powracała ta właśnie myśl: trzeba zmienić przyzwyczajenia. Także te duszpasterskie. Zgruzowanie Kościoła jest nieuniknione. Nie ma co się łudzić. Mam przekonanie, graniczące z pewnością, iż stanie się tak, jak pisał swego czasu obecny emerytowany Biskup Rzymu, Benedykt XVI: przetrwa Kościół mały, kameralny, znający smak męczeństwa, ucisku, ale też żyjący zapewnieniem Pana Jezusa: Nie bójcie się!, Jam zwyciężył świat!

Dlatego też trzeba wykonać ruch uprzedzający, by zręby takich wspólnot zapoczątkować. Ktoś powie, że to żadna nowość. Sobór watykański II już dawno to odkrył. Tak, to prawda, ale to odkrycie jeszcze zbyt mocno jest możnością, a nie aktem. To raz. Dwa – potrzeba pracować indywidualnie z człowiekiem. Ewangelia jednoznacznie nam to sugeruje. Jezus wychodzi do ludzi, owszem – ale spotyka się z człowiekiem. Stwarza niejako tło, warunki brzegowe do tego, by wejść w dialog z osobą. Będąc proboszczem w małej społeczności mam komfort dotarcia do każdego indywidualnie. Co też czynię. Przez cały rok, nie tylko na kolędzie. Odwiedzam wielu parafian, dużo rozmawiamy. To wiele daje obu stronom dialogu. To jest błogosławione dla parafii.

W miastach, wydaje mi się – piszę jako były wikariusz z 13 letnim stażem – wkładamy zbyt wiele pary w gwizdek. To, z czym mamy do czynienia od kilkudziesięciu lat zdaje się to potwierdzać. Setki aktywności podejmujemy, a efekty przytłaczające. Żeśmy się za mocno przyzwyczaili do „bonusa” albo „trojana” pod tytułem „Kościół  oblegana twierdza”. To jest błąd w punkcie wyjścia. Jezus nigdzie nie oczekuje od nas bronienia Go. Oczekuje wiary i postaw z niej biorących początek. Sam pokazuje, jak należy wychodzić do wrogów: jeśli źle mówię, wykaż mój błąd. Jeśli dobrze – dlaczego mnie bijesz? Kiedy indziej milczy, albo chyłkiem wymyka się prześladowcom. Mówi – bądźcie czyści jak gołębie, ale sprytni jak węże.

Wydaje mi się, że po prostu zbyt mała zawartość Pana Jezusa jest w misji Kościoła doby XXI wieku. Wypiera Go rutyna, feudalizm kościelny, duch tego świata – w znaczeniu janowym.

I żeby nie było – mówię za siebie. Wiem ile robię i co, i widzę, że nie wszystko jest jak powinno być, i że jest sporo więcej tego, co mógłbym zrobić. Chcę. Ale to Jezus Chrystus jest Szefem, i to Jego Chcenie z moim muszą się spotkać, by wybrzmiały jako konkretne działania.

Opublikowano behawioryzm, Biblia, Dzieje, Puncta, Słowa o Słowie, Słowo | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Pan wprowadził Adama w głęboki sen, czyli o tym, jak zostałem księdzem.

Tytuł to wcale nie żart. Wczoraj właściwie dopiero jakoś mi się to unaoczniło, w kontekście czytań mszalnych, które zbiegły się jednocześnie z moją siedemnastą rocznicą święceń kapłańskich.  Tak jak wczoraj moim Parafianom, tak dziś Wam, chcę troszkę o tym opowiedzieć.

Jest rok 1997. Matura, czas określenia się w życiu. Gdzieś tam się już od jakiegoś czasu pojawiał myśl, ze może kapłaństwo. Ale dużo było tez innych pomysłów. Nadszedł kwiecień. Zmarł tragicznie mój tata. Rozsypka, wiedza uleciała, bunt. Nie będę pisał matury. Dziś już wiem, że wtedy się czułem trochę jak Żydzi pod Synajem, trochę jak owce niemające pasterza. Jednak moja wspaniała wychowawczyni jak i również mądre koleżanki z klasy nie dość, że mnie motywowały słowem, to i też przepytywały, tłumaczyły, dopingowały. Ciekawe zdarzenie miało miejsce podczas matury. Ostatni egzamin, język francuski. Tak jakby jutro. Więc dziś wieczorem zaczynam się uczyć, powtarzać. Przerobiłem pobieżnie 1 zestaw zadań. Następnego dnia jestem sporo przed czasem pod salą egzaminacyjną. Wtem otwierają się drzwi, Pani profesor od francuza mówi, jak chcesz, to możemy zacząć wcześniej, będziesz mógł wcześniej do domu wrócić. Wszedłem. Nic nie maiłem przecież do stracenia. Chciałem mieć za sobą kompromitację, lufę z języka. Losuję zestaw, siadam do ławki, otwieram kopertę… Nie wierzę! Dokładnie ten sam zestaw, który poprzedniego wieczora miałem w ręku i coś tam poczytałem z niego! Czyż nie było to doświadczenie bycia własnością pana, który sam troszczy się o wszystko?

Matura zdana rozdział zamknięty. Ale dalej rozbicie – co robić. ? Krótko po maturze, mój kolega i sąsiad zarazem, otrzymał wezwanie do jednostki po „bilet” do wojska. Decyzja – jadę z nim. Ochotnik miał prawo wyboru jednostki. Pomyślałem – we 2 będzie raźniej. W dniu, w którym mieliśmy jechać – zaspałem. Nici z wojska.

Parę dni później spotkanie z moim katechetą. Odwiedził nasz dom ze słowem otuchy dla nas, po śmierci taty. Zaproponował wyjazd następnego dnia do Elbląga. Odwiedziliśmy seminarium, bo pracował tam jego kolega, późniejszy mój moderator oraz profesor a na koniec jeszcze kaznodzieja prymicyjny. Kilka rozmów z paroma klerykami, i po godzinie pisałem podanie o przyjęcie do WSD. Dziś mija od tych wydarzeń 23 lata. Różnie bywało przez ten czas. Ale z każdym rokiem widzę bardziej ostro, to, o czym pisze Paweł Apostoł: (że jeśli) zostaliśmy pojednani z Bogiem przez śmierć Jego Syna, to tym bardziej, będąc już pojednanymi, dostąpimy zbawienia przez Jego życie. Teraz właściwie pozostaje tylko jedno: nie dać się zjudaszyć. Zwłaszcza, że jest jakaś mądrość w powiedzonku naszym kapłańskim: przez pierwsze 5 lat, ksiądz jeździ na diable; kolejne 5 diabeł jeździ na księdzu, a potem to już się jakoś dogadują. Jak to wygląda w moim przypadku, to już niech się wypowiedzą ci, którzy mają ze mną relację.

Opublikowano Biblia, Dzieje, Słowa o Słowie, Słowo, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Dusza jak Matka, Matka, jak dusza?

Diadoch, biskup Fotyki, (obecne tereny Grecji), w V wieku,  uczył, że dusza człowieka, która jest wolna od namiętności, grzechów, złych nawyków, jest jak matka, ucząca dziecko wypowiadania imienia ojca. Tak długo to czyni, aż dziecko czysto je wypowie, bez szczebiotu, zdrobnień, lecz takim, jakie ono jest. W przypadku duszy chodzi o to, że uczy ona rozum trwałego przylgnięcia do Jezusa Chrystusa, by wszystko w życiu danej osoby dokonywało się jak w doksologii wielkiej: Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie.

Zaznacza też Diadoch, że dusza, która jest zesztywniała wskutek grzechów a także przygnębieniem, które jest niejako produktem, czy konsekwencją złego życia, nie pamięta o Imieniu Jezus, nie przywiązuje się do niego, nie wytwarza więzi i przez to naraża się na zatracenie.

Dobiega końca dzień Uroczystości Bożego Ciała. W naszych świątyniach gromadziliśmy się, wezwanie przez Ducha Świętego, by oddać Bogu Chwałę i złożyć Mu dzięki, za Najświętszą Eucharystię. Wspomniałem moim Parafianom oraz pozostałym uczestnikom Mszy Świętej, że dziś jest sposobny dzień ku pewnego rodzaju rachunku sumienia z Eucharystii, którą przyjmujemy, bądź nie. Obrachunku, pozwalającego na ujrzenie owoców przystępowania do komunii świętej albo też z drugiej strony – do próby dostrzeżenia zmarnowanych niejako okazji do objawienia się, zaistnienia tych owoców, a co nie zaszło, wskutek odcinania się – świadomego i dobrowolnego, od Źródła Życia, jakim jest Bóg w sakramentach świętych a więc i w Najświętszym Sakramencie Ołtarza.

Obraz macierzyństwa jest chyba w każdej kulturze bardzo mocno przemawiający do wyobraźni, do serca ludzkiego. Nie ma chyba nikogo, kto by będąc zdrowym na umyśle, banalizował matkę i jej troskę. Dodatkowo zaś, gdy idzie o ludzi wierzących, takich, którym zależy, by życie Boże było w nich obecne, nauka Diadocha z jednej strony, a przede wszystkim Trójjedyny Bóg, z drugiej, jak i też Matka Najświętsza – Matka Kościoła i Jego Figura – mogą i chcą być wsparciem na ścieżkach życia, w trudzie kształtowania owej macierzyńskości naszych dusz, by współpracując z naszym umysłem, wychowywały nas do bycia w jak najgłębszej więzi z Bogiem, Który najpełniej objawił nam Siebie w Swoim Synu, a ten zaś zostawił nam Siebie w Swoim Ciele, w Komunii Świętej.

Sław języku tajemnicę Ciała i Najdroższej Krwi
którą jako Łask Krynicę wylał w czasie ziemskich dni
Ten co Matkę miał Dziewicę Król narodów godzien czci.

Z Panny czystej narodzony posłan zbawić ludzki ród
gdy po świecie na wsze strony ziarno Słowa rzucił w lud
wtedy cudem niezgłębionym zamknął Swej pielgrzymki trud.

W noc ostatnią przy Wieczerzy z tymi których braćmi zwał
pełniąc wszystko jak należy czego przepis prawny chciał
Sam Dwunastu się powierzył i za pokarm z rąk Swych dał

Słowem więc Wcielone Słowo chleb zamienia w Ciało Swe
wino Krwią jest Chrystusową – darmo wzrok to widzieć chce
tylko wiara Bożą mowa pewność o tym w serca śle

Przed tak wielkim Sakramentem upadajmy wszyscy wraz
niech przed Nowym Testamentem starych praw ustąpi czas,
co dla zmysłów niepojęte niech dopełni wiara w nas

Bogu Ojcu i Synowi hołd po wszystkie nieśmy dni
niech podaje wiek wiekowi hymn tryumfu, dzięki, czci
a równemu Im Duchowi niechaj wieczna chwała brzmi. Amen.*

 

Opublikowano Biblia, Dzieje, Formacja Sumienia, Słowo, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pamiętnika wiejskiego proboszcza: nie tylko księdzu z diabłem nie może być po drodze

Część parafii, w której pracuję, znajduje się na terytorium, gminy Małdyty. A w Małdytach jest znana i oblegana przez podróżnych restauracja – zajazd „Pod Kłobukiem”. Lokal swego czasu reklamowany był przez Panią Gessler, w jej „Kuchennych rewolucjach”.

Miałem okazję kilka razy spożywać posiłki w tym lokalu. Niezłe.

Od jakiegoś jednak czasu unikam tego miejsca. Głównym tego powodem jest nazwa zajazdu. Coś niecoś poczytałem w sieci nt kłobuka, który w zasadzie jest niczym innym, jak demonem. Złym duchem. Diabłem. Nie godzi się księdzu diabła dorabiać, robić mu reklamę, usypiać sumienia wiernych, grzmieć o sprawkach diabelskich w życiu katolików, a jednocześnie oczko puszczać, zajadając jakiś specjał. Nie godzi się. Taki jest mój wybór. I nie tylko w tej kwestii.

Jako wierzący w Trójjedynego Boga, Boga Miłości, Prawdy, Piękna, Delikatności nie możemy sobie pozwalać na igraszki z diabłem. Jak uczy Marek Eremita ( V wiek po Chrystusie) samo myślenie o tym, że nie poddam się złemu, już jest poddaniem się jemu. Dziwię się właścicielom zajazdu, że zdecydowali się promować swój biznes marką demoniczną. Być może nie mają świadomości, w czym rzecz z tym „patronem” ich biznesu?

Wielu ludzi, także parafian, z którymi o tym rozmawiam, nie widzi problemu. To tylko nazwa, nic więcej. No tak. To prawda. Ale to jest nazwa mająca konkretną konotację. Ciekawe, czy ktoś z moich rozmówców byłby gotów dać dziecku imię odprzedmiotowe: Telefon, Wiertarka, etc – nie mówiąc już o nazwie własnej jakiejś bestii. Takie imiona są niedozwolone prawnie. Każdy poza tym szuka imion ładnych, mających na celu afirmację dziecka jako człowieka, często też kierujemy się historią rodową, nadając imiona po przodkach. Oczywiście, knajpa to nie dziecko, to miejsce. Jednak nazywanie miejsc to nie coś, co bierze się z powietrza. Zazwyczaj jest przemyślane, świadome. Co więc kieruje kimś, kto używa nazw dla swoich przedsięwzięć zaczerpniętych z bestiariuszy, czy z innych miejsc kiepskiej proweniencji?

Uważam, że to, jakim nazewnictwem operujemy, jaką markę tworzymy, czy promujemy, tak naprawdę świadczy o tym, jakie mamy serce, co w nim jest. Bogu niech będą dzięki, że dopóki jesteśmy na tym świecie, mamy szansę na nawrócenie naszych serc, na głębsze, trwalsze zwrócenie ich ku Panu Bogu, Który podnosi codziennie słońce i księżyc tak nad dobrymi, jaki nad złymi. Nie zaś jak kłobuk, który pomaga cwaniactwem, chamstwem i kłamstwem.

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Formacja Sumienia, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

O wykorzenianie z życia paskudnego nawyku ograniczania Pana Boga

Wrzuciłem wczoraj na swoim twitterowym profilu taką oto informację:

 

 

Nie spodziewałem się, że po kilku godzinach wywoła ona lawinę komentarzy, blisko 300. Potem fala nieco wyhamowała, ale i tak, okazało się, że wątek wzbudził wielkie zainteresowanie oraz wniósł nową wiedzę w życie duchowe czytających go. Za co Bogu niech będą dzięki!

Zachęcam, by sobie wątek twitterowy prześledzić.

Oczywiście, nie brakło tam też wtrętów hejterskich, cynicznych, ale nie warto się nimi przejmować. Ja chcę się odnieść tylko ogólnie do tych wszystkich, jakby poddających w wątpliwość działanie odpustów oraz mających obawy co do określenia „pobożny”.

Wątpiącym powiem tylko tyle: odpust to nie coś, co można sobie kupić. To oczywiste. Żydzi wzywali Imienia Pana, by im przepuścił winy i nie był na nich zagniewany na wieki. Jezus przyszedł aby nas  pojednać z Ojcem. I tak w jednym, jak i tym bardziej w drugim przypadku, szczera postawa serca, skrucha, uznanie swej winy i całkowite pokładanie ufności w Bogu, daje odpuszczenie grzechów. Zwyczajnym sposobem jest sakrament pokuty, odpust jest praktyką nadzwyczajną. Pewnym przywilejem. Taka „lotna premia” trochę.

Co do „pobożnego” – w Psalmie 86 mowa jest wręcz o świętym – takimi słowami modli się Dawid. Ktoś powie – gdzie mi do Dawida! A ja powiem – nie baw się w Jonasza! Nie ograniczaj Boga, bo nie wiesz, co On dla Ciebie przeznaczył. Poza tym, chodzi o to, że pobożność to cnota, czyli trwała dyspozycja do trwania w dobrem, do czynienia dobra, które ma przecież swe źródło w Bogu. Tak po prawdzie, to naszym obowiązkiem jest być pobożnym, czy przynajmniej kształtować w sobie postawę pobożności. Nie należy jej mylić z dewocją, z fałszywą nabożnością a la faryzeusz w synagodze: Panie, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten celnik…

Niezbadane są wyroki Boskie, także w dziedzinie odpustów.

Miałem kiedyś takie zdarzenie, że aż mnie zamurowało. Poczułem się jak Mojżesz przed Płonącym Krzewem.

Poproszono mnie, bym poszedł do umierającego, do szpitala. Po drodze dowiedziałem się, że to Świadek Jehowy. Nie pamiętam już, czy ochrzczony w naszej wierze i porzucił ja, czy też nieochrzczony. Widok, jaki zastałem w sali szpitalnej był powalający. Jedno z dzieci umierającego stało nad nim, modląc się na Różańcu! Drugie, które mnie przyprowadziło, zaraz też dołączyło do modlitwy. Także i ja dołączyłem do tej modlitwy. Ktoś powie – przypadek. Ja mam pewność, że to Boska Opatrzność czuwała nad tym człowiekiem. Mało tego, wiara jego dzieci, zaangażowanie jakie podjęły, dla mnie jest też jednoznaczne: Bóg nie chce śmierci grzesznika, lecz żeby się nawrócił i miał życie.

Trojjedyny Bóg, Miłujący człowieka, On sam Jeden jest Dawcą Zbawienia. Wolno mu Z jego robić co Zechce. Nie nasza to rzecz irytować się na pracowników jednej godziny w Winnicy Pańskiej, ba, nawet 1 minuty pewnie czasem. Trzeba nam się cieszyć, że możemy być Sługami Zbawienia i jakiemuś nawet największemu zbrodniarzowi możemy ofiarować pewność zbawienia, odbywając choćby praktykę 9 pierwszych piątków miesiąca. Taki powinien być etos chrześcijanina. Mamy być solą, nie lukrem; światłem, nie pazłotkiem.

Opublikowano behawioryzm, Formacja Sumienia, Jubileusz Miłosierdzia, Puncta, Słowa o Słowie, Słowo, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , | 5 Komentarzy

Co robię by walczyć z homolobby w Kościele? List otwarty do Ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego

Zapytał mnie dziś Ksiądz:

Nie robię nic więcej ponad to, co wynika z władzy święceń kapłańskich. Tak, władzy. Władza ta realizuje się przez służbę w Kościele. Nie ma chyba konieczności tego tłumaczyć Księdzu.

Wiem, a raczej mam świadomość, że problem, jaki stawia Ksiądz, problem homolobby jest zjawiskiem realnym w Kościele Powszechnym, w Polsce, i na poziomie diecezji również. Pewnie mojej także. Są jednak 2 „ale” w tym wszystkim.

Po 1: żeby problem zwalczać, trzeba mieć niezbite dowody, iż ktoś ma problem polegający na praktykowaniu homoseksualizmu.

Po 2: trzeba dysponować czasem, narzędziami i odpowiednim środowiskiem, by zajmować się zwalczanie problemu homolobby.

Oba punkty dla mnie to zbiór pusty. Owszem, mogą się pojawiać przeczucia, podejrzenia, argumenty przemawiające za tym, że ten, czy ów to czynny homoseksualista. Ale to wszystko to mniemanologia, która może być krzywdząca. Oczywiście, dzielę się tymi przypuszczeniami, jeśli mają one dość dla mnie przekonujący wydźwięk, że coś w zachowaniu którejś ze zdradzających inklinacje homoseksualne osób jest niepokojące. Taki właśnie model postepowania przekazał mi jeden z moich formatorów z seminarium. I tu dochodzimy do clou problemu, który chce poruszyć.

W czasach mego studiowania 1997 – 2003 jeździliśmy po parafiach zbierać datki na WSD, pomagać przy różnych okazjach na prośbę proboszczów, czy też naszych starszych kolegów, wikariuszy, albo w parafiach macierzystych. Zawsze oczywiście za zgodą przełożonych. Raz, jeden, jedyny, wtedy właśnie, kiedy wspomniany wychowawca i profesor zarazem przekazał nam wprost, że jak pojedziemy do takiego i takiego i by się do nas przystawiał, to, cytuję: „lać go w mordę” a witać się na sztywnym przedramieniu, żeby miał czytelny znak, że my wiemy, kto on zacz. W tamtym czasie nie zwracałem na to większej uwagi. Dopiero po kilku latach doszło do mnie, że coś tu jest nie halo. No bo jak to? Wiadomo, że homoseksualizm pośród duchownych to coś, co ich dyskwalifikuje z pracy. A tu się okazuje, że ktoś wie, że jest problem homoseksualny u jakiegoś księdza i instruuje, jak się nie dać wykorzystać – i nic więcej? Zero radykalnej reakcji? Były sytuacje, że po powrotach z niektórych parafii, klerycy między sobą robili sobie pieprzne docinki, czasem czynili to profesorowie. Wydźwięk docinków był z reguły jednoznaczny: doszło do próby uwiedzenia, czy nie?

Dlatego właśnie napisałem Księdzu w sposób jaki Ksiądz uznał za arogancki:

Proszę Księdza, nie miałem zamiaru Księdza urazić lecz było nim zwrócenie uwagi na to, że produkowanie wypowiedzi, zestawień, innych opowieści niewiele wnosi w moim przekonaniu do odmiany na lepsze stanu, w jakim się znajdujemy.

Pisze Ksiądz, że szuka drogi. Wspaniale. Cieszę się, bo wierzę, że wielu jest nas takich właśnie, widzących problem, i rozglądających się za rozwiązaniem go. Myślę, że jednym z nich jest pokora i jej konkretny przejaw – utrzymywanie koleżeńskich, życzliwych relacji z tymi, którzy się pogubili na drogach życia. Nie ważne, czy to w homoseksualizm, czy w pedofilię, czy hazard, alkohol, etc.

Koleżeńskich, nie znaczy niemoralnych. W rodzinie zdarza się problem kryminalny i nie ma zmiłuj – trzeba włączyć w działanie organa ścigania. W koleżeństwie tym bardziej powinno to być łatwiejsze.

Szanuję Księdza pracę, choć nie ukrywam, mam czasem problem ze zrozumieniem Księdza decyzji, między innymi tej, że Ksiądz wystąpił w filmie braci Sekielskich. Ja im po prostu nie wierzę w ich troskę, z którą się lansują od jakiegoś czasu.

Aha, i proszę wybaczyć pytanie o honorarium, jeśli poczuł się nim także Ksiądz dotknięty. Moją intencją była myśl, że decydując się na udział w tym kontrowersyjnym, jak by nie było, filmie, trzeba być jak ta przysłowiowa żona Cezara: czysty, przejrzysty, nieinteresowny. Odpisał Ksiądz, że nie było honorarium. Dziękuję za tą informację. Jest ona na duży plus dla Księdza.

Nie chcę być w Księdza oczach kimś wrogo nastawionym. Raz jeszcze przepraszam, jeśli sprawiłem Księdzu przykrość naszą twitterową wymianą myśli.

Opublikowano Dzieje, Variae | Dodaj komentarz

Błogosławcie Pana wszyscy celebryci, chwalcie Go i wywyższajcie na wieki!

Maria Czubaszek nie lubiła Piotra Rubika. Hejtowała go. Kiedyś spotkali się i doszło do ciekawej konfrontacji. Rubik do Czubaszek miał powiedzieć coś w taką mniej więcej nutę: Pani Mario, ja bardzo Pani dziękuję, że Pani tak bardzo stara się promować moja osobę, poświęcając mi tyle uwagi w spotkaniach z ludźmi, do których ja być może nie mogę osobiście, z moja muzyka trafić, ale za to pani im przybliża mnie i moją twórczość. Jestem Pani za to niezmiernie wdzięczny!

Panią Czubaszek zamurowało, jak sama wspomina. I od tego czasu zmieniła też swe nastawienie do człowieka, do którego dotąd żywiła niechęć.

Czytaliśmy wczoraj na Mszy Świętej:

Pana Chrystusa miejcie w sercach za Świętego i bądźcie zawsze gotowi do obrony wobec każdego, kto domaga się od was uzasadnienia tej nadziei, która w was jest. A z łagodnością i bojaźnią Bożą zachowujcie czyste sumienie, ażeby ci, którzy oczerniają wasze dobre postępowanie w Chrystusie, doznali zawstydzenia właśnie przez to, co wam oszczerczo zarzucają. Lepiej bowiem, jeżeli taka wola Boża, cierpieć dobrze czyniąc, aniżeli czyniąc źle. Chrystus bowiem również raz umarł za grzechy, sprawiedliwy za niesprawiedliwych, aby was do Boga przyprowadzić; zabity wprawdzie na ciele, ale powołany do życia Duchem.  (1 P 3, 15-18)

Tak sobie pomyślałem, kontekście przytoczonej wyżej opowieści, że świetnie ona pokazuje, iż Pan Bóg nie rzuca słów na wiatr. Wykorzystuje różne sytuacje, okoliczności i pobudza ludzi do współpracy z Jego łaską, by Jego chwała się rozszerzała. By radość, która ma swe źródło w Nim, docierała do tych osób i miejsc, które z jakichś powodów zostały jej pozbawione. Wypełnia się tym samym Słowo Pańskie: Nie zostawię was sierotami!

Jestem przekonany, że nie jeden z Was, Szanowni Czytelnicy, sam na własnej osobie doświadczył takiego właśnie działania Boga, dzięki któremu nastąpił mniejszy, czy większy zwrot w dotychczasowym życiu duchowym, moralnym oraz w tworzonych relacjach.

Bóg nieustannie walczy o duszę człowieka, zabiega o miłość człowieka do Siebie. Człowiek, a więc i Ty i ja i każdy – albo powierzy się tej Miłości, albo ją odrzuci. Wybór jest zawsze w mocy konkretnego człowieka.

Opublikowano Dzieje, Puncta, Słowa o Słowie, Słowo, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Święty Maciej dziś mnie czegoś nauczył

Niniejszy wpis dedykuję Małżeństwu: Pani Kindze i Krzysztofowi.

Dzisiejsze czytania mszalne zwracają naszą uwagę na kilka ciekawych spraw. W punktach się nieco do nich chcę odnieść.

  1. Jezus wybrał 12 apostołów. Wiadomo, co się wydarzyło i dlaczego, z Judaszem. Jednak Słowo Boże, jest Słowem z mocą. 12 zostało powołanych, 12 ma głosić „wszystkie słowa tego życia – tego, czyli Bożego, życia, które zostało pobłogosławione udziałem w misterium zbawienia. Tak więc, misterium to rozpoczęło kontynuację w Kościele, od słowa Piotra, poprzez kandydaturę Józefa i Macieja i modlitwę do Ducha Świętego po posłanie do pracy apostolskiej. Jezus Chrystus poprzez Kościół wybrał, konsekrował i posłał do pracy Macieja.
  2. Sami kandydaci to osoby, które były wstępnie uformowane przez Jana Chrzciciela. Podobnie jak pozostałych 11. Posiadali więc zdolność rozeznawania łaski Bożej, mieli Bożą mądrość, która kierowała ich wyborami, czyniąc z nich współpracowników dzieła zbawienia. Krótko mówiąc, wiedzieli, kiedy i gdzie się pojawić i wobec kogo stanąć.
  3. Św. Łukasz zaznacza, że Piotr informuje zebrane grono, iż mający być wybranym musi być kimś, kto zachowywał wspólnotę z 12 przez całe 3 lata pu7blicznej działalności Jezusa Chrystusa, aż po Jego wstąpienie do Nieba. Ma więc to być ktoś, jest uformowany, dojrzały w wierze, kto dzięki temu widzi, jak dzieła Boże się wypełniają i widzi też wyraźnie siebie jako uczestnika tych dzieł, a nade wszystko, jako ich sługę. Na tym bowiem polega trwanie w Miłości Jezusowej: stawać się sługą na wzór Chrystusa Sługi

Wnioski

Nieraz zastanawiamy się, jak budować relacje, tworzyć więzi społeczne, zawodowe, gospodarcze, etc. (swoją drogą, fajnie by było, gdyby się wypowiedział w tej kwestii Pan @MaciejGnyszka ‏) Szukamy rad, porad, sugestii, podpowiedzi… A jakże nie doceniamy Ewangelii! Z jednej strony – być jak Józef i Maciej – znać swoją wartość, zapał, formację, kompetencje i wiedzieć, jak się z nimi zaprezentować – gdzie się znaleźć, o jakiej porze i w jakim gronie; z drugiej – stawiać wymagania i je egzekwować w szerokim gronie, a nie po znajomości, na niejasnych zasadach. Sprawa wyboru Macieja zdaje się być znakomitym lekarstwem na bolączki człowieka doby współczesności. Lekarstwem, ale też i motywatorem do podejmowania wysiłku pracy nad sobą. Szczególnie, gdy idzie o roztropność i zwalczanie bezmyślności, życia odruchami, czy wyuczonymi skryptami. Zawsze jest na to dobry czas. I wiem, że to o czym piszę, dotyczy także mnie. To, o czym piszę w niniejszej notce zawarłem w dzisiejszej homilii. Parę godzin później sprawiłem komuś przykrość, bo poszedłem za bezmyślnością. Dzięki Bogu, osoby, które stały się ofiarami mej bezmyślności, okazały się jeszcze bardziej sympatyczne i zasługujące na szacunek i uznanie, niż je postrzegałem. Im właśnie ten wpis dedykuję jak i też proszę Czytelników, by ich samych a także  ich sprawy Panu Bogu polecili w modlitwie!

Opublikowano Biblia, Formacja Sumienia, Puncta, Słowa o Słowie, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Gadające winogrona

Wyobraźmy sobie sytuację:

Podchodzimy do winnego krzewu, sięgamy ręką po owoc, a on do nas z „buźką” zostaw mnie! Ja nie mam ochoty znaleźć się w twoim brzuchu! Ja chcę być wypity jako szlachetny trunek przez koronowaną głowę!

Pomijając już sam fakt gadającego winogrona, byśmy się mocno strapili, doświadczając bycia odrzuconymi przez coś, co ma nam służyć jako przysmak, delicja. Czyż nie?

Dziś w liturgii Słowa Bożego Chrystus zwraca naszą uwagę na istotę zachowania jedności z Nim. Najpierw w Dziejach Apostolskich spotykamy się z postulatem prozelitów z Judei, że aby dostąpić zbawienia, trzeba praktykować Prawo Mojżeszowe.

Oto, jak wielką moc ma przywiązanie do bycia ważnym, eksponowanym, potrzebnym, przyciągającym uwagę.

Właściwy kierunek wytycza Jezus Chrystus w Ewangelii: On jest Najważniejszy! On daje życie gałązkom, gronom. Przez Niego One stają się zdolne do służby na sposób im określony. On niejako udziela głosu tym owocom ze wstępu wpisu. Jest to głos zapraszający do wejścia w relację służby: czego Ci potrzeba? Jak mogę Ci usłużyć?

Od wielu lat docierają do mnie echa sporów o sposób przyjmowania Ciała Pańskiego: do ust, czy na rękę? Z reguły jest tak, że zwolennicy pierwszego sposobu chcą górować nad tymi, co woleliby brać na rękę Komunię Świętą. Pada masa argumentów: pobożnościowych, sentymentalnych, historycznych. Brakuje zaś bardzo często świadomości obecności Chrystusa w życiu jednych i drugich, co dokumentuje poziom debaty obu stron oraz stężenie trudnych emocji towarzyszących tej debacie. Może nie zawsze, ale dość często.

Pamiętajmy, iż naszym powołaniem jest głosić chwałę Bożą przez przynoszenie obfitego owocu w życiu, poprzez współpracę z łaską Boża, czyli z Samym Trójjedynym.

Opublikowano Biblia, Formacja Sumienia, Puncta, Słowa o Słowie, Słowo, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

W związku z zainstniałą sytuacją… zacznij kochać!

W związku z zaistniałą sytuacją” – tak lub podobnie zaczynają się komunikaty na stronach internetowych różnych instytucji czy drzwiach lokali usługowych. Coś odwołane, coś przesunięte… No i ograniczenia liczby osób, które mogą wejść – w tym także do kościoła. Różne komentarze na ten temat słyszałam i postanowiłam także się wypowiedzieć.

Bo wiesz… Można tu szukać spisku. Krzyczeć, że papież i biskupi pobłądzili. Że ten wirus to wielkie oszustwo, żeby uderzyć w Kościół. Ale czy można wyciągnąć z tego wszystkiego jakąś praktyczną lekcję?

Moim zdaniem lekcje są dwie. Pierwsza to lekcja miłości. Może dostrzegę swoje wady, zobaczę, że nie potrafię kochać – Boga, bliźniego, samego siebie. I może coś z tym zrobię. Może zrozumiem, że te rzeczy materialne są bardzo kruche i ulotne, ale to, co uczynię ze szczerego serca dla drugiego człowieka jest bezcenne.

A druga lekcja? Pokory. Bo czy w tym wszystkim nie ma mojej pychy? W tym, że „znam się” na wszystkim najlepiej? I w tym myśleniu, że, jakbym ja był osobą decyzyjną w dobie pandemii, to żyłoby się nam lepiej?

Odróbmy te lekcje. Może ten czas to szansa na nawrócenie…

Opublikowano behawioryzm, Formacja Sumienia | Otagowano , , , , , , | 3 Komentarze

Obiecane opowieści osobistej treści: od łgarza do sługi ołtarza

W niedzielę Dobrego Pasterza pisałem w mediach społecznościowych między innymi tak:

Obiecałem też twitterowym znajomym podzielić się nieco kulisami historii mego powołania do kapłaństwa. Oto jedna z odsłon.

Kiedy chodziłem do podstawówki, to miałem problem z przyznawaniem się do ocen niedostatecznych. Zauważyłem pewną prawidłowość. Do momentu ujawnienia dwój (wtedy jeszcze to była najgorsza ocena) chodziłem nerwowy, szybko się złościłem, niezbyt przyjaźnie nastawiony do bliźniego. Po ujawnieniu następował reset. Do czasu, kiedy znów zaczynało się kombinatorstwo.

Mimo wielu takich sytuacji i zmagania się z nimi, mimo tłumaczeń, próśb i gróźb rodziców, nauczycieli, sporo jeszcze czasu upłynęło, nim zrozumiałem, że tak bardzo ważne jest, by mieć pokój w sercu, by ten pokój „rządził, rozporządzał sercem moim”. Kto wie, czy nie dlatego właśnie Pan dał mi łaskę powołania do kapłaństwa, żeby mnie wyciągnąć z bagna łgarstwa i tego wszystkiego, co ono generuje.

Wczoraj w Ewangelii czytaliśmy:

Jezus powiedział do swoich uczniów: „Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka.

Uczniowie znali Jezusa. Byli blisko niego. Wiedzieli, jaką drogę przebył. Widzieli, że nie była to droga lekka, łatwa i przyjemna. Oni sami Jezusowi dostarczali sporo „osłabienia”, nie wspominając o tym wszystkim, co się wypełniło szczególnie w Triduum Paschalnym. Kiedy więc Zmartwychwstały Pan staje pośród nich z takim orędziem, jak to, zwiastujące i wyposażającego ich w Jego pokój, to oni wiedzieli, że to nie jakieś slogany, puste gesty i słowa. Zwłaszcza, że Jezus jako Bóg ma słowo sprawcze: mówi, i dzieje się. Ogłasza pokój i wlewa go w ich serca. Zobaczcie, że żaden z apostołów się nie tłumaczy Jezusowi, ani sam Jezus nie stawia ich do raportu. Już ten sam fakt mnie wystarcza, by zrozumieć, przynajmniej jakiś jeden aspekt, skutek pokoju, który ogłasza i podarowuje mi Jezus Chrystus.

Ten Boży pokój to także jedno z kryterium duchowego rozeznawania. Jeśli po jakimś uczynku, zwłaszcza trudnym, wymagającym; podczas którego być może pojawiła się niechęć do realizacji, piętrzyły się inne przeszkody – wreszcie go ukończyłem, i wtedy pojawił się pokój, ukojenie w sercu, to mogę mieć przekonanie, graniczące z pewnością, w pewnym momencie samą pewność, że dobre było to, co uczyniłem, że wypełniłem wole Boga.

Dziś, po przeżyciu niemal 42 lat na tym świecie, wiem, że gdybym prędzej nauczył się stać na straży prawdy, to wiele spraw potoczyłoby się zupełnie inaczej. Do wielu wniosków doszedłbym o wiele prędzej. Jednak wiem też, że Naród Wybrany mógł dojść do ziemi Kanaan w ciągu kilkunastu dni, a szedł kilkadziesiąt lat. Dokładnie tyle, ile trzeba było, ile było konieczne. Wiem i ja, że moja droga trwała dokładnie tyle, ile trzeba, i że Autorem tej drogi Jest Ten, Który Jest Drogą.

Opublikowano Dzieje, Puncta, Słowa o Słowie, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pamiętnika wiejskiego proboszcza: proszę o Waszą pomoc

Plebania to nie tylko miejsce zamieszkania „plebana”, „farorza”, proboszcza. To także biuro parafialne, to Dom Parafialny, w którym odbywają się różne spotkania, duże i małe, mające służyć budowaniu i trwaniu parafialnej wspólnoty. Poza zwyczajnymi, wpisanymi w codzienność spotkaniami dotyczącymi posług sakramentalnych, znajdują tu również miejsce na wysłuchanie, radę i pomoc Ci wszyscy, którzy jej potrzebują. Małżeństwa i Rodziny, które przeżywają kryzysy, a które chcą szukać oparcia w nauce Chrystusa a co za tym idzie, Kościoła. Te i inne spotkania tworzą głębszą wieź wzajemną pomiędzy Parafianami, dodają im głębszego poczucia własnej wartości.

Ważnym elementem w tym wszystkim jest estetyka, świeżość i komfort pomieszczeń, z których się korzysta. Solidny dach nad budynkiem, to myślę, dość istotny element, budzący zachętę, by tam skierować kroki po pomoc i wsparcie.

Co ciekawe, budynek plebanii był niegdyś budynkiem mieszkalnym. Zamieszkiwały go 2 rodziny. Gdzieś z latach 60 albo 70 został kupiony a potem przekazany przez Parafian na plebanie właśnie. Tak to przebiegało, ponieważ władze doby PRL, walcząc z Kościołem Katolickim, nie pozwalały ówczesnemu proboszczowi na zakup budynku, celem urządzenia w nim domu parafialnego.

Dziś, osoby, które były związane niegdyś z tym domem, bo w nim zamieszkiwały lub też uczestniczyły w jego przeorganizowaniu na plebanię, wiele serca wkładają w życie parafii, jak i też sam ten dom.

Na chwilę obecną gołym okiem widać skutki fatalnego stanu dachu. Jeśli nie interweniujemy niebawem, to podczas jesiennych wichur czeka nas poważny problem. Dachówki, które już mocno uległy erozji, kruszeją i osuwają się w dół dachu, na razie pojedynczo. Teraz, kiedy aktualizuję wpis (11 maja, godzina 23.00) na dworze pada, a na strychu dzwonią krople deszczu o porozstawiane garnki.

Gdyby nie koronawirus, udałoby się nam parafialnymi środkami spłacić całość inwestycji. Tak, jak udało nam się w ponad 70% spłacić ofiarami wiernych inwestycję wartą 140 000. Otrzymaliśmy bowiem 30% reszty zobowiązania, dotację celową.

Wyszło jednak inaczej. Wszyscy, na całym świecie w sumie, wiemy jak wyszło.

Stąd też gorąco i serdecznie Was Drodzy Twitterowi Znajomi, ale też i Was, Szanowni Czytelnicy bloga, proszę o wsparcie tej naszej parafialnej inwestycji. Z góry składam serdeczne Bóg Zapłać, jak i też zapewniam o dalszej pamięci modlitewnej, wstawienniczej polecając sam, jak i ze wspólnotą parafialną, obecnych, jak i też nowych Darczyńców.

NRB parafii 94 2030 0045 1110 0000 0430 2400

Tytułem: „darowizna”

Parafia pw Przemienienia Pańskiego w Chojniku

Chojnik 20

14-300 Morąg

Link do płatności PayPal

Żeby nie mnożyć wątków, całe przedsięwzięcie i jego postępy będę aktualizował w oto wpisie.

30 czerwca

Koniec prac. Poniżej efekt 🙂

Zapraszam też do lektury wpisu

27 czerwca

Dobre 85% dachówek już pokrywa dach domu parafialnego (plebanii). Jeśli tylko pogoda pozwoli, koniec prac przewidziany jest na ostatni dzień czerwca. Zostało jeszcze dokończyć układanie dachówki, założyć „gąsiory” (specjalne płaszczowe dachówki, przypominające wyglądem przekrój poziomy rury pcv) na kalenicę (czyli na „grzbiet” dachu). Oprócz tego będzie zamontowana nowa instalacja odgromowa (tzw „piorunochron”) na budynku plebanii,  a także zbudowanie i pokrycie dachówką daszku nad gankiem, wejściem głównym do domu parafialnego. Ekipa Pana Pawła Machlewskiego jest super, każdemu gorąco ich polecam. !

25 czerwca

Rozpoczęto montaż nowej dachówki a także obróbek dekarskich na wiatrownicach (tych fajnych w zygzaki wyciętych desek).

23 czerwca

Drodzy Darczyńcy! Bardzo Wam dziękuję za Wasze wielkie serca, za Waszą hojność. Od początku apelu o pomoc w sfinansowaniu remontu dachu przekazaliście na konto parafialne dobre 10 000 PLN. To ogromna pomoc dla Parafii! Bez niej praktycznie nie byłoby o czym mówić w temacie remontu dachu. Wymienione zostanie kompletnie całe poszycie dachowe. To inwestycja, która będzie na całe dziesięciolecia. Bardzo, bardzo Wam dziękuję za waszą troskę!

A teraz krótki raport z pola działań:

Wczoraj zostały wymienione krokwie szczytowe, połacie dachowe zostały przygotowane do kładzenie dachówki. Panowie dekarze poziomowali łaty (to te kantówki zamontowane poprzecznie na całej płaszczyźnie dachu), na których dachówki będą spoczywać. Trwają też prace polegające na przygotowaniu konstrukcji dachu nad gankiem, ochraniającym wejście główne na plebanię.

Dziś zostały założone tzw „wróblownice” (te ozdobnie powycinane deski, mające utrudnić wlatywanie ptakom pod dach i zakładanie gniazd. Choc może to wydać się dziwne, to proszę mi wierzyć, że ptasie budownictwo choć jest 100 % ekologiczne, to jednak okropnie niszczy   poszycie dachowe oraz nierzadko też ściany budynku. Założono też rynny praktycznie na całym budynku. (jedyny „stary” element wyposażenia dachu – zostały bowiem niemal 2 lata temu zamontowane w miejsce przerdzewiałych bądź w ogóle nie istniejących.

15 czerwca

Ciąg dalszy prac, polegających na demontażu starego poszycia dachowego i na montażu nowego odeskowania oraz membrany wodoodpornej.

Trzeba będzie też kilka krokwi wymienić, zwłaszcza skrajnych, na których były drewniane wiatrownice, przez co krokwie uległy erozji, zgniciu.

110 czerwca

Z Bożą pomocą, dziś rozpoczęliśmy prace! Trwa demontaż starego poszycia dachowego. Po zdjęciu dachówek okazało się, zgodnie z przypuszczeniami, że większość odeskowania jest zbutwiałe, przegniłe. Całość do wymiany.

23 maja 2020Fachowcy od dachu są już w Chojniku. Pracują na dachu domu jednego z Parafian. Jak tylko prace zakończą, przenoszę się z robotami na plebanię. Oby tylko pogoda dopisała. Dziś było pochmurnie i nieco pomżyło.Jest już dostępna opcja przekazywania płatności elektronicznych dla tych wszystkich, którzy by zechcieli tą drogą wesprzeć remont dachu plebani. Tym wszystkim, którzy to już uczynili, składam w imieniu własnym oraz parafian, Serdeczne Bóg zapłać. Każdego tygodnia polecamy Was Panu Bogu w modlitwie na mszy świętej ze Parafian i Darczyńców naszej Parafii. Polecamy Was samych i to wszystko, czym żyjecie.Na nadchodzącą Niedzielę życzę Wam, drodzy Ofiarodawcy obfitości łask Pana Jezusa, Który wstąpił do Nieba i siedzi po prawicy Boga Ojca Wszechmogącego!19 maja 2020Sprawy na obecny czas mają się tak, że już wiem, iż początek robót – o ile tylko pogoda pozwoli, jest umówiony na 1 dzień czerwca. Taki prezent na Dzień Dziecka dla Parafii :-)———————————————————————————————————-

Niemal rok temu zwracałem się do Was, Drodzy Twitterowi Bywalcy o wsparcie remontu dachu na domu parafialnym, czyli plebanii, w której zamieszkuję. W ciągu kilku dni wpłynęły od Was wpłaty w wysokości niemal 3 tys PLN, a do dnia dzisiejszego jest to suma 8000 PLN (stan z dnia 19 maja br). Cała ta kwota czeka, wraz z innymi środkami, na pokrycie 1 faktury, jaka będzie wystawiona na poczet zakupu materiału na remont dachu (drewna na odeskowanie, łaty, ewentualne naprawy krokwi, membranę paroprzepuszczalną, dachówki, obróbki dekarskie) prace mają się rozpocząć w połowie maja. Wtedy miałem bardzo ogólną wiedzę nt kosztów inwestycji. Dziś wiem, że będzie to 60 tys. PLN z czego 50% środków mamy zgromadzone na koncie parafialnym. 10 procent całości kosztów udało się zebrać z Waszą pomocą, za co składam Wam ogromne Bóg zapłać, a także odwdzięczamy się, jako parafialna wspólnota modlitwą w Waszych intencjach. Każdego tygodnia sprawowana jest msza święta w intencji Parafian i Dobroczyńców Parafii, omadlamy Was i Waszą codzienność.

Poza tym, mając nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie nam dane w miarę swobodnie się przemieszczać, serdecznie zapraszamy Czcigodnych Darczyńców w nasze powiślańskie okolice, a także do samego Chojnika, na kawę czy herbatę na plebanię. Obowiązkowo zaś, w niedzielę, 9 sierpnia, na odpust parafialny, połączony z piknikiem, na którym można pokosztować wiejskiej kuchni oraz wspaniałych wypieków.

Plebania to nie tylko miejsce zamieszkania „plebana”, „farorza”, proboszcza. To także biuro parafialne, to Dom Parafialny, w którym odbywają się różne spotkania, duże i małe, mające służyć budowaniu i trwaniu parafialnej wspólnoty. Poza zwyczajnymi, wpisanymi w codzienność spotkaniami dotyczącymi posług sakramentalnych, znajdują tu również miejsce na wysłuchanie, radę i pomoc Ci wszyscy, którzy jej potrzebują. Małżeństwa i Rodziny, które przeżywają kryzysy, a które chcą szukać oparcia w nauce Chrystusa a co za tym idzie, Kościoła. Te i inne spotkania tworzą głębszą wieź wzajemną pomiędzy Parafianami, dodają im głębszego poczucia własnej wartości.

Ważnym elementem w tym wszystkim jest estetyka, świeżość i komfort pomieszczeń, z których się korzysta. Solidny dach nad budynkiem, to myślę, dość istotny element, budzący zachętę, by tam skierować kroki po pomoc i wsparcie.

Co ciekawe, budynek plebanii był niegdyś budynkiem mieszkalnym. Zamieszkiwały go 2 rodziny. Gdzieś z latach 60 albo 70 został kupiony a potem przekazany przez Parafian na plebanie właśnie. Tak to przebiegało, ponieważ władze doby PRL, walcząc z Kościołem Katolickim, nie pozwalały ówczesnemu proboszczowi na zakup budynku, celem urządzenia w nim domu parafialnego.

Dziś, osoby, które były związane niegdyś z tym domem, bo w nim zamieszkiwały lub też uczestniczyły w jego przeorganizowaniu na plebanię, wiele serca wkładają w życie parafii, jak i też sam ten dom.

Na chwilę obecną gołym okiem widać skutki fatalnego stanu dachu. Jeśli nie interweniujemy niebawem, to podczas jesiennych wichur czeka nas poważny problem. Dachówki, które już mocno uległy erozji, kruszeją i osuwają się w dół dachu, na razie pojedynczo. Teraz, kiedy aktualizuję wpis (11 maja, godzina 23.00) na dworze pada, a na strychu dzwonią krople deszczu o porozstawiane garnki.

Gdyby nie koronawirus, udałoby się nam parafialnymi środkami spłacić całość inwestycji. Tak, jak udało nam się w ponad 70% spłacić ofiarami wiernych inwestycję wartą 140 000. Otrzymaliśmy bowiem 30% reszty zobowiązania, dotację celową.

Wyszło jednak inaczej. Wszyscy, na całym świecie w sumie, wiemy jak wyszło.

Stąd też gorąco i serdecznie Was Drodzy Twitterowi Znajomi, ale też i Was, Szanowni Czytelnicy bloga, proszę o wsparcie tej naszej parafialnej inwestycji. Z góry składam serdeczne Bóg Zapłać, jak i też zapewniam o dalszej pamięci modlitewnej, wstawienniczej polecając sam, jak i ze wspólnotą parafialną, obecnych, jak i też nowych Darczyńców.

NRB parafii 94 2030 0045 1110 0000 0430 2400

Tytułem: „darowizna”

Parafia pw Przemienienia Pańskiego w Chojniku

Chojnik 20

14-300 Morąg

Link do płatności PayPal

Opublikowano Dzieje | 1 komentarz

Czy Marek Aureliusz stawiał opór Duchowi Świętemu? Esej o wychowaniu do życia rozmodlonego

Oglądałem wczoraj film. Średni wg mnie, a i temat też średni, jeśli nie niżej, niż średni z punktu widzenie katolika. Film bowiem dotyczył zemsty. Wiadomo, że dla wierzącego w Trójjedynego Boga, zemsta zarezerwowana jest dla Niego właśnie. Człowiek, jako stworzenie Boże, ba! Jako dziecko Boże, powinien cały czas pogłębiać świadomość tego, że Stwórca nieustannie wypełnia wszystkie zobowiązania, jakie złożył człowiekowi na chrzcie świętym, które to zobowiązania syntetycznie ujęte są w modlitwie Ojcze nasz, w formie próśb. W modlitwie tej wzywamy Boga, by nas uzdalniał do pełnienia Jego woli, by otwierał nam oczy naszej duszy na Jego obecność, działanie i pomoc w jej pełnieniu.

Tytuł filmu to „Akt zemsty”, a w roli głównej widzimy w nim Antonio Banderasa, który jako milczący mściciel podąża drogą wskazań Marka Aureliusza, którego „Rozmyślania” przypadkowo wpadają w jego ręce, a konkretnie to na jego zranioną nogę…

Dwie z tych sentencji jakoś mi przypadły do serca. I nim chce kila zdań poświecić w tym wpisie a jednocześnie też uczynić zadość mym rodakom zza oceanu, i wesprzeć ich w trudzie formowania do życia duchowego, w tym też modlitewnego ich dzieci.

Marek Aureliusz był cesarzem Rzymu oraz filozofem.  Czas jego rządów przypada na lata 161-180. Wydaje się, że obraz cesarza, jaki narysował Ridley Scott w „Gladiatorze”, oddaje dość wiernie to, co piszą o Marku Aureliuszu jego biografowie, czy komentatorzy jego myśli filozoficznej. Niestety, stoickie spojrzenie na świat i ludzi nie zatrzymywało Marka Aureliusza przed prześladowaniem chrześcijan. Tak na marginesie – zastanawiam się, w związku z tym, co mu oni za krzywdę zrobili, że ich zwalczał. Zastanawia to mnie, ponieważ w „Rozmyślaniach” pisze też, by karać tylko prawdziwie winnych.

Pierwsza myśl Marka Aureliusza, jaka mi z tego filmu zapadła w pamięć i serce, to ta, że „wszystko co robią inni, jest możliwe także dla ciebie”. Jest dla mnie oczywiste, że nie we wszystkim mogę osiągnąć wirtuozerię, czy profesjonalizm, ale ostatecznie nie ma takiej rzeczy, działań, których by człowiek nie mógł wykonywać. Cytując klasyka, „śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej”. By się to mogło przyoblec w konkretne kształty nie wystarczy chcieć. Potrzeba jeszcze podjąć wysiłek. Popatrzmy na Jezusa. Często pyta: co chcesz abym ci uczynił? I kiedy usłyszy odpowiedź, spełnia prośbę, ale nakłada konieczność podjęcia wysiłku: nie grzesz; pokaż się kapłanom, weź swoje łoże, zarzuć sieci, wypłyń na głębię, itp.

Jeśli więc pojawia się pytanie typu: jak pomóc, wesprzeć, czy wręcz nakłonić do modlitwy, do trudu życia duchowego opartego na Ewangelii młode pokolenie, to w kontekście tego co pisałem wyżej, trzeba sobie uzmysłowić między innymi to, że samo chcenie to za mało. Konkretnie: to, że Ty Rodzicu chcesz, by dziecko miało wiarę, by się modliło to jeszcze za mało. Potrzeba wysiłku. Twojego wysiłku, oczywiście. Sukces lubi wysiłek, „krew, pot i łzy”. Patrz na krzyż Zbawiciela, na Jego chwalebna Mękę. Czy ona się w jakiś sposób ujawnia w twoim życiu? Czy widzą ją Twe dzieci? Czy widzą, jak wymagasz szacunku od samego/samej siebie; okazujesz go mimo wszystko także wtedy, gdy świat podpowiada ci co innego? Czy walczysz o Boga w swoim życiu, w swojej rodzinie?

Zobacz, jak się dzielą swoimi doświadczeniami ludzie, których poprosiłem o wypowiedź w tym temacie na Twitterze:

Druga myśl, jaką uznałem za wartą przywołania jest taka: „Najlepsza zemsta, to nie stać się takim, jak twój wróg” – też dygresja i delikatny spoiler: ta sentencja uratowała wg mnie film, że byłem skłonny przyznać mu „między mocnym 4+ a 5- /10”

Często sobie i innym tłumaczę, że płacenie „pięknym za nadobne” to tak w istocie, stawanie się gorszym, niż krzywdziciel. Bo on może nie wie, że źle robi, a krzywdzony już tak. Więc mszcząc się nie tylko zrównuje się z atakującym, ale też w niwecz obraca do reszty prawdę i dobro, jakie miał w sobie, a które stało się celem ataku.

Jezus mówi: nie odpłacajcie złem za zło. Ktoś was zmusza by iść z nim 1000 kroków – idźcie 2000!, Ktoś chce wam zabrać płaszcz? Oddajcie mu i suknię. Ktoś z Was dostał w twarz w policzek, niech nadstawi drugi. Ktoś powie: masochizm i naiwniactwo. Otóż nie! W czystej postaci człowieczeństwo na miarę Bożego zamysłu. Ktoś, kto jest przy zdrowych zmysłach, przy władzach umysłowych, jak zobaczy, że otrzymuje więcej – nawet do poniżenia – bez wątpienia w jakimś momencie się przebudzi z grzechu, z zaciętości, czy Bóg Jeden sam Wie, z czego jeszcze. Przypomnijcie sobie Dobrego Łotra, jak też Jeana Valjeana z „Nędzników”. Bóg, Który Jest Najwyższym Dobrem, W najwyższej cenie, zmienia serce człowieka, często posługując się człowieczeństwem – własnym, tego, którego chce zmienić, lub też czyimś, jak w przypadku Syna Bożego, Jezusa Chrystusa – posłużył się Jego Bóstwem i Człowieczeństwem, ale też bywa, że wielu innych ludzi kiedyś, po Jezusie, ale i teraz, dziś, jako współpracownicy Prawdy, uczestniczą w dziele zbawienia, stając się pomocą dla tych, których Bóg chce nawrócić i doprowadzić do zbawienia.

Kiedy moi wrogowie widzą, że nie mogą mnie przemóc, sami tym bardziej tracą głowę, gniew ich wyniszcza, objawiają dogłębnie swe prawdziwe „ja”, i w związku z tym, albo prędzej podpadną pod sąd ludzki i/lub Boski, albo odpuszczą i nabiorą szacunku do prześladowanego przez siebie, a tym samym zaczną wracać na drogę Bożego porządku rzeczy.

W kontekście wychowywania do wiary, do trwania w życiu modlitwy Waszych latorośli, Szanowni Rodzice, Ojcowie i Matki: znów po pierwsze: przykład własny – baczenie na język, jakim się posługujecie, mówiąc o niesprawiedliwie was traktujących, wasze zachowanie wobec nich, okazywanie im „pure humanity & dignity”, bo tak Was jak i ich Bóg chce zbawić na wieki. I kto wie, a może to i wręcz pewne, że chce to uczynić właśnie z waszą pomocą? Może to właśnie dla takiego agresora, dla jego nawrócenia, Bóg swymi zrządzeniami sprawił, że jesteś w takiej sytuacji w jakiej jesteś, i że masz wokół siebie takich ludzi, jakich masz, z całym ich „dobrodziejstwem inwentarza”, który po ludzku, na dziś dzień, daje ci ostro popalić? Posłuchaj swego serca, czy aby w nim nie rozlega się głos Pana: „Wystarczy Ci mojej łaski!”?

Po drugie zaś – uczcie wasze dzieci, by umiały zwracać uwagę na niuanse w relacjach ze swymi rówieśnikami, przyjaciółmi, sympatiami. Zwłaszcza na relacje, jakie oni tworzą ze swoimi rodzicami, rodzeństwem, dziadkami; jak się odnoszą do nauczycieli, jakim językiem operują przy wyrażaniu emocji. Ktoś, kto za młodu nauczy się kłamać, w późniejszym wieku będzie miał trudności nie lada z mówieniem prawdy, w stawaniu w niej. Ktoś, kto posługuje się aroganckim językiem wobec ojca/matki, z czasem tak samo się będzie zwracał do żony/męża, do teściów. Ktoś, kto nad wyraz interesuje się erotyką, albo gorzej – pornografią, z czasem będzie wciągał w to bagno innych, by nie być w nim samemu oraz żeby wyżywać się na drugim za swoją bezmyślność, głupotę i uległość wobec złego.

Jestem, podobnie jak mój imiennik, ks. Marek Dziewiecki wyznawcą przekonania, iż Pan Bóg chce dla nas szczęścia, piękna i wszystkiego co najlepsze. I że aby to dla nas osiągnąć, by nam to podarować, nieustannie posyła nam Swego Ducha, by nas uwznioślał, umieszczał nas na orbicie okołoniebiańskiej, byśmy nie tylko za nią tęsknie pragnęli, ale byśmy też jej przedsionki podziwiali, obeznawali się z ich topografią, by potem dobrze je poznawszy, swobodnie się po nich poruszać!

Czy Marek Aureliusz stawiał opór Duchowi Świętemu? Któż to z nas raczy wiedzieć? Obyśmy my, wierni chrześcijanie tego oporu nie stawiali i unikali okoliczności mogących ten stan oporu w nas wzbudzić!

Opublikowano Filmy z duszą, Formacja Sumienia, Mini-rekolecje, Modlitwa, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Ad vocem tekstu Kościół bogaty w posługi

Na początek gorąco polecam tekst Księdza Włodzimierza Lewandowskiego. W kilku zdaniach Autor zapoznaje nas z praktyką Kościoła starożytnego odnośnie, swobodnie mówiąc, angażowania wiernych w czynne życie parafialne: liturgiczne oraz duszpasterskie. Ksiądz Lewandowski konstatuje w swoim tekście:

Od istnienia tych, ale także innych posług (czyli zaangażowania wiernych w Kościele –przypis mój) , zależy duszpasterstwo przyszłości. Stąd należy zrobić wszystko by przywrócić proporcje, o których mowa była wyżej, dalej uformować wiernych tak, by nie bali się posług przyjmować, a prezbiterów, by świeckim powołanym przez Kościół do pełnienia posługi – zaufali.

Podpisuję się pod tymi słowami obiema rękoma! Temu właściwie podporządkowuję w dużej mierze swoje duszpasterstwo w parafii, w której jestem proboszczem.

Pamiętam, jak kilka lat temu jeden z moich kolegów, księży, zwrócił uwagę, że jest błędem mówić o parafii, w której jest jeden duszpasterz, że to parafia pojedyncza, jednoosobowa. Że to jakieś w ogóle kosmiczne nieporozumienie, taką chimerę słowną tworzyć. Parafia to ksiądz i wierni. Nie ma parafii bez jednej ze stron tego „równania”. Wiem jednak, jaka jest geneza tego określenia. Doświadczam tego na własnej skórze poniekąd. Te 40 i więcej lat temu, mało który ksiądz na polskiej wsi budował Kościół. Owszem, remontował, betonował, grodził i malował, ale nie było „plantatio ecclesia”, „czynienia uczniami”. Było zarządzanie zasobami ludzkimi, aktywizm nie zgorszy niż ten, jaki możemy oglądać w serii filmów o zmaganiach Don Camillo z Peppone. Zabrakło jednak ewidentnie, w wielu wspólnotach parafialnych formowania do odpowiedzialności za przekaz wiary poprzez ewangelizację. Niezewangelizowani nie mają szans, by kogokolwiek zewangelizować.

Proszę nie traktować powyższego jako biadolenia. Nie wyrażam opinii generalizującej. Odnoszę się do swoich doświadczeń z przestrzeni dobrych 30 lat. Mam świadomość masy przeszkód, stojących na drodze tamtejszych duszpasterzy. Koniec końców, zadbali o pewną fasadę, jest gdzie się spotykać i przy czym trudzić się dla Ewangelii Pańskiej, by odkrywać co w życiu jest najważniejsze i najpiękniejsze, co prawdziwe, jedyne, największe, za co warto życie dać!

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Variae | Otagowano , , , , , , , , | 1 komentarz

1 stopień zasilania w życiu duchowym

Wczoraj czytaliśmy w Ewangelii:

Jezus powiedział do Nikodema: Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna Jednorodzonego; każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. Kto wierzy w Niego, nie podlega potępieniu; a kto nie wierzy, już został potępiony, bo nie uwierzył w imię Jednorodzonego Syna Bożego. A sąd polega na tym, że światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. Każdy bowiem, kto się dopuszcza nieprawości, nienawidzi światła i nie zbliża się do światła, aby nie potępiono jego uczynków. Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu. (J 3,16-21)

Przypomniały mi się lata dzieciństwa. Pamiętam, że o wybranych godzinach, w radio podawano komunikat o stopniu zasilania w energie elektryczną. Nie bardzo potrafiłem zrozumieć o co chodziło w tych komunikatach, ale za to doskonale wiedziałem, w którym miejscu w domu znajduje się paczka świec. Nie jeden raz zdarzało mi się spędzać czas przy zapalonej świecy na lekturze książek, bądź na bawieniu się podgrzewanym drucikiem lub igłą, upuszczając z rozgrzanej świecy stearynę, lub też przykładając ponad płomień dłoń, czy też kartkę papieru albo inny materiał, by badać reakcje płomienia na przeszkodę. Im bliżej płomienia, tym większe, bardziej odczuwalne zmiany.

Z czasem dowiedziałem się też, że temperatura wewnątrz „knota” świecy jest o wiele mniejsza, niż samego płomienia….

Podobnie ma się sprawa z życiem. Im bardziej jest nakierowane na relację z Bogiem, tym bardziej widoczne są zmiany w życiu. Droga do tych zmian nieraz boli i parzy, jak dłoń zbliżana do płomienia; to co towarzyszy zmianom, bywa, że spłonie w oka mgnieniu w proch, jak kartka cienkiego papieru. A jak już zostaniemy oczyszczeni przez ogień Bożej łaski, zostaniemy oświeceni jej światłem, wówczas wejdziemy w przestrzeń „knota”, czyli będziemy na etapie zjednoczenia z Panem Bogiem. Tu, na ziemi jeszcze niedoskonałego, a kiedyś w wieczności – już pełnego.

Takie jest nasze powołanie – by zmierzać do Źródła i by czynić to w zgodzie z wybraną przez każdego z nas życiową drogą. Każdy z nas powinien odkrywać wymagania Prawdy = Trójjedynego Boga, właściwej dla swego stanu, skupiając się na Płomieniu.

Opublikowano Biblia, Mini-rekolecje, Puncta, Szkoła duchowych twardzieli, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Koniczynkowo i Święto-Wojciechowo

Mówi się: sen mara, Bóg wiara! Jednak każdy katolik wie, że wszystko, co na tym świecie jest stworzone, ma służyć dziełu zbawienia człowieka. Także marzenia senne. Nie chcę się o tym rozpisywać. Dość wspomnieć o św. Józefie, czy o Mędrcach ze Wschodu.

Wzmiankuję temat snów w związku z jutrem. Obchodzić bowiem będziemy w czwartek Uroczystość Świętego Wojciecha, biskupa i męczennika, patrona Polski, patrona jego imienników także.

Lata temu poznałem pewnego Wojtka. Kilka razy się spotkaliśmy, sporo rozmów telefonicznych odbyliśmy, pogaduszek na gadu-gadu, na pewnym forum internetowym. Każdego roku dzwoniłem do niego z życzeniami imieninowymi. Każdego roku niemal, Wojtek zbierał się, by się udać do mnie z odwiedzinami. W jakiś momencie zapadła między nami cisza. Trwała parę lat. Aż przypadkiem dowiedziałem się, że Wojtek zmarł. Smutno mi się zrobiło, i żal, że niedane nam było się spotkać.

W październiku miałem sen, w którym pojawił się Wojtek. Widzieliśmy się, tak jak to miało miejsce ostatni raz za życia Wojtka. Nazajutrz cały dzień modliłem się o pokój jego duszy. Popołudniową porą udaliśmy się ze znajomymi do knajpy na obiad. Jakież było moje zdziwienie i radość zarazem, kiedy ujrzałem szyld knajpy: Shamrock. Takie pseudo używał Wojtek, tak go nazywaliśmy podczas koleżeńskich spotkań. Wojtek by bardzo pasował do tej knajpy, do klimatu w niej panującego. Świetnie by się tam znalazł. Kapitalne hamburgery oraz oryginalny Guinness. Godziny można by siedzieć i wertować wzajemnie stronice życia.

Niby nic wielkiego, a jednak dla mnie na tyle poruszające, że postanowiłem się tym podzielić z Wami. Proszę Was, Drodzy Czytelnicy o modlitewne wstawiennictwo do Pana Boga, polecające Jego Miłosierdziu Wojtka, Shamrocka!

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, misericordiae watch, Słowo, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pamiętnika wiejskiego proboszcza: spostrzeżenia i refleksje z czasów zarazy

Przypuszczam, że wszyscy już mamy po dziurki w nosie wszelkich utrudnień wynikających z pandemii koronawirusa. Od pracy, szkoły i zakupów począwszy, przez rekreację i na potrzebach duchowych kończąc – we wszystkich tych obszarach doskwiera nam cała masa restrykcji, mających na celu zminimalizować tak zwaną „transmisję poziomą” wirusa. Sam temat koronawirusa wywołuje skraje teorie i związane z nimi emocje, co samo w sobie może być tematem na kilkanaście wpisów blogowych. Nie mam zamiaru jednak tego robić, bo nie są to moje kompetencje, a ludzką ciekawość, skłonność do dreszczyku emocji wolę realizować w kuluarach, z dala od wirtualnego areopagu rozmaitości poglądów i przekonań. Ten wpis chcę poświęcić nie tyle pandemii, co pewnym praktykom, które mnie po prostu smucą. Nie wiem, może po prostu czegoś nie rozumiem, źle to interpretuję. Rad będę, ktoś z Was, Szanowni Czytelnicy ewentualnie mi rozjaśni, w czym tkwi mój błąd.

Chodzi mi o praktyki podejmowane przez moich kolegów w stanie kapłańskim. Praktyki polegające na przykład na tym, że wybierają się wraz z Panem Jezusem w Najświętszym Sakramencie ulicami miast, wsi i innych obszarów z błogosławieństwem; że mimo wyraźnej prośby naszych wyższych przełożonych, dokonują poświęcenia pokarmów, i tym podobne, inne przedsięwzięcia duszpasterskie.

Parę dni temu rozmawiałem telefonicznie ze znajomą, która mi zwróciła uwagę na problem, który od tamtego czasu jest także tym moim problemem, który chcę tu poruszyć.

W wielu krajach świata, gdzie panuje epidemia, nawołuje się obywateli, pod sankcjami wysokich kar, z rozstrzelaniem włącznie, by zostali w domu, by ograniczali się do naprawdę niezbędnego minimum. Wielu ludzi w związku z tym żyje w gigantycznym napięciu psychicznym, emocjonalnym. Ot, choćby rodzice najmłodszych dzieci – jak oni, biedni, cierpią teraz, nie mogąc pójść z dziećmi na plac zabaw, na świeże powietrze! Poza tym, trzeba brać sobie też do serca fakt, że odpowiedzialni ludzie starają się podejmować wysiłki potrzebne do powrotu do zwyczajności. Słuchają zaleceń władz i służb w tym celu właśnie. I teraz nagle słyszą, że gdzieś tam na drugim końcu miasta ksiądz święconkę robi, czy błogosławi lud Sanctissimum. Ludzie doznają w tym momencie rozdarcia. Rodzi się w nich rozdwojenie, smutek, żal i obawa, że np. jak moja znajoma – podejmie trud 30 minut drogi, ryzykując nieprzyjemności, by przez minutę uczestniczyć w poświeceniu. Ona rozumie, że święconka to nie sakrament, że nie to jest centrum Świąt Paschalnych. Wielu jednak tego nie rozumie lub trudno do nich dotrzeć z wytłumaczeniem im tego. Czują się pominięci, zawiedzeni, potraktowani niesprawiedliwie. Dziś mamy wiele przypadków ludzi, którzy nie radzą sobie psychicznie z sytuacjami stresującymi, zwłaszcza, że ekspozycja na stres jest mocno rozciągnięta w czasie. Takie działania, w których czują się duchowo pominięci mogą ich wprowadzać w totalną rozsypkę emocjonalno-psychiczną, która szerokim klinem będzie wbijać się w i tak już zaognioną sytuację w ich rodzinach, wspólnotach, etc.

Czyż nie jest tak, że jako duchowni, powinniśmy być znakiem jedności? Wielu z nas się często powołuje na Miłość, jednocześnie pomijając jedność. Wszak Jezus modlił się właśnie o nią w Ogrójcu, od tego zaczęła się Jego Pasja – ut unum sint! By byli jedno! Byśmy byli jedno! Jeśli jedność gdziekolwiek będzie zachwiana, jakikolwiek dom wewnętrznie będzie z sobą skłócony – nie ostanie się!

Ktoś mi zarzuci może, że zazdroszczę, albo, że usprawiedliwiam siebie, że nie stać mnie na taki „gest” w mojej parafii. Cóż – jego sprawa, jego sąd. Dla mnie ten czas epidemii jest bardzo wychowawczy. Wychowuje mnie do pokory a tym także do posłuszeństwa – Kościołowi, co przysięgałem przed laty, a z czym, jak się nie raz okazywało miewałem i miewam pewnego rodzaju trudności, a co dzięki Bogu, w obecnej sytuacji zaczyna owocować głębszą refleksją. Także i posłuszeństwo rządzącym, jako wyraz współpracy jest wg mnie i dla mnie wychowawcze. I to w wielu aspektach. Tu ograniczę się do jednego – do faktu, iż współpraca obywateli z rządem jej jakość, jest pewnego rodzaju papierkiem lakmusowym badającym po obu stronach dojrzałość postaw ogólnie obywatelskich, jak i też tych szczególnych, jak odpowiedzialność za życie, troska o bezpieczeństwo wzajemne, nie wspominając o zdyscyplinowaniu i znowuż – jedności właśnie! Uważam, że powinnością duchownych jest także w tej kwestii dawać dobry przykład wiernym, uspokajać, tłumaczyć, być z nimi i towarzyszyć im w trudnej doli.

Jesteśmy według mnie w samym jakby centrum „roku szkolnego” w szkole Pana Boga i obecna sytuacja pokazuje jak „kartkówka” czy test, nasze braki w podstawach edukacji w szkole Jezusa Chrystusa, Jego Ewangelii, a to, o czym piszę w tym felietonie jest jedną z odsłon tych braków.

Stan pandemii nadal nam towarzyszy. Nie wiemy jakie kształty i rozmiary w najbliższym czasie to wszystko przyoblecze. Wiemy natomiast, doświadczywszy wydarzeń liturgiczno-duchowych z czasu Triduum Paschalnego, mając przed oczyma Zwycięski ale też zarazem okupiony najwyższą ceną Krzyż Jezusa Chrystusa, że chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego z lukrowanym barankiem cukrowym, czy inną tradycyjną ozdobą świąteczną. To wszystko to naleciałości rozmywające istotę świętowania, wprowadzające w mentalność przekaz obowiązywanie nurtu tak zwanego „pluszowego chrześcijaństwa”, jak to nazywał śp. Ks. Jan Kaczkowski. Chrześcijaństwa bez ofiary, wyrzeczenia, poświęcenia, poszczenia – nie tylko żołądkiem, ale też duszą oraz rozumem.

Wiemy także, w związku z powyższym, że pierwszą, podstawową powinnością każdego ochrzczonego jest ewangelizowanie – siebie oraz innych. Ewangelizowanie, czyli umiejscawianie siebie, bliźniego i całego świata, bieżących wydarzeń także – w kontekście historii zbawienia i w relacji do Jej Autora – Trójjedynego Boga. Ewangelizacji postaram się w najbliższym czasie poświęcić kilka akapitów.

Zamiast więc dawać w kosmate łapska demona amunicję, by rozwalał to co Boże w istocie, bądź w zamyśle, wszyscy – duchowni i świeccy, bierzmy na warsztat naszych rozmyślań i planów temat jedności, o którą dla nas zanosił modlitwy od Ogrójca aż po krzyż Zmartwychwstały Chrystus Pan!

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Formacja Sumienia, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , | 8 Komentarzy

Ewangelizacja w czasach zarazy

Bez zbędnych wstępów, jedna myśl, jaką chcę się z Wami podzielić, w kontekście Słowa Bożego przewidzianego na jutro, na Niedziele Męki Pańskiej, czyli Palmową.

Chodzi o 1 czytanie:

Nie Zasłoniłem mojej twarzy przed zniewagami i wiem, że nie doznam wstydu. Pan Bóg mnie obdarzył językiem wymownym, bym umiał przyjść z pomocą strudzonemu przez słowo krzepiące. Każdego rana pobudza me ucho, bym słuchał jak uczniowie. Pan Bóg otworzył mi ucho, a ja się nie oparłem ani się nie cofnąłem. Podałem grzbiet mój bijącym i policzki moje rwącym mi brodę. Nie zasłoniłem mej twarzy przed zniewagami i opluciem. Pan Bóg mnie wspomaga, dlatego jestem nieczuły na obelgi, dlatego uczyniłem twarz moją jak głaz i wiem, że wstydu nie doznam. (Iz 50, 4-7)

 Prorok, który doświadczał prześladowań od swoich współbraci, mimo swej ciężkiej sytuacji, oznajmia swą gotowość do pełnienia posłannictwa w imieniu Boga. To posłannictwo miłosierdzia, miłości, dobra, sprawiedliwości wg Bożego zamysłu. Polega on w dość mocnym wektorze, na ciągłym szukaniu drogi dotarcia do człowieka z łaską nawrócenie, by ów człowiek miał życie w obfitości. By odstąpił od wyimaginowanego życia, pełnego pozorów, wątpliwości, lęków i innych wymówek usprawiedliwiających go w grzechu.

– Nieść słowo krzepiące drugiemu, nawet, kiedy ten prześladuje, rani i krzywdzi. Zobaczmy, że Jezus NIGDY nie przeklina swych oponentów. Kieruje ku nim ciężkie słowa, ale ciągle daje przestrzeń pod skorzystanie z daru wolności i odstąpienia od zła.

Nasze życie w większości przypadków, myślę że nie jest w takim napięciu relacyjnym, jak życie Pana Jezusa, na które nastają synowie ciemności. Tak, tak, nie bójmy się tego powiedzieć głośno, że nowotestamentalny arcykapłan jest następcą starotestamentalnego faraona, a obaj razem wzięci uosabiają działanie Księcia Ciemności.

To dla nas, duchownych przestroga, byśmy nie dali się wciągnąć w kołowrót, w diabelski młyn błędu, pychy, przewrotności, mniemanologii stosowanej, które razem wzięte, sprawiają, iż tym samym dajemy spętanemu diabłu powód do większego, bardziej hałaśliwego wierzgania się pod krzyżem Chrystusa. Wierzcie mi, że mam głęboka świadomość tego, o czym tu piszę. Sam do siebie wpierw niniejszy wpis kieruję…

Teraz kilka słów do Ludu Bożego. Do moich Drogich Parafian przede wszystkim, ale do też i do wszystkich Was, wiernych, bądź spontanicznych Czytelników bloga.

W ostatnim czasie dużo strachu wokół nas się pojawia. Ludzka, zwyczajna, zdrowa reakcja na to, co się dzieje od bez mała miesiąca. Dorośli trudno sobie z nią nierzadko radzą, a co dopiero dzieci. Co kilka dni czytam w mediach społecznościowych świadectwa rodziców, na temat tego, jaki wręcz tytaniczny wysiłek podejmują, by pomóc swoim dzieciom poukładać sobie w sercach i duszach emocje, uczucia i patrzenie na świat. Bywa całkiem często, że ten ogromny wysiłek rujnują, zupełnie nieświadomie, służby, które nawołują do przestrzegania obostrzeń mających wspierać walkę z wygaszeniem epidemii. Pojawiają się w komunikatach groźby, odnoszące się wprost do śmierci, kolokwializmy, wywołujące poczucie paniki, a i sam ton tych komunikatów jest często bezduszny, bezosobowy. Może warto by było, by służby były wspierane przez speców od komunikacji? Ale nie to jest najważniejsze, co chciałem napisać.

Chodzi o to, by przyjść z pomocą strudzonemu (dziecku, współmałżonkowi, sąsiadowi, etc) i dać mu słowo krzepiące. Oczywiście, nie chodzi o prawienie komuś truizmów, czy mędrkowanie. Chodzi o słowo z mocą, słowo, za którym idzie konkret.

Nic tak nie daje zbudowania, utwierdzenia w wartości, jak świadectwo. Nasi najbliżsi znają nas najlepiej. Także, gdy idzie o sprawy, które nie są naszą chlubą, a raczej krzyżem, udręczeniem dla nas i dla bliskich też nierzadko. Nikotynizm, wulgaryzmy, oschłość, wymagania ponad miarę, niedotrzymywanie słowa. Obecna sytuacja to dobry czas, by jako Dziecko Boże poczuć się nieco jak Izajasz właśnie, i znaleźć w sobie łaskę, którą Pan daje każdemu, by pełnić Jego wolę, by dawać to krzepiące słowo strudzonemu. Oczywiście wpierw usłyszawszy uchem wiary to, co Pan chce bym wypełnił jako prorok wobec współziomków. To wymaga wysiłku wiary, walki duchowej.

Kiedy więc stajemy w obliczu tego, że po raz kolejny ktoś burzy to, cośmy jako wartość zbudowali, warto i wręcz trzeba – rozmawiać z bliskimi i przyjaciółmi, tymi strudzonymi, o naszych zmaganiach z tym moim konkretnym problemem. Nie bać się ich prosić o wsparcie w tej pracy nad sobą, dawać im pole krytykę – jak Izajasz nadstawiał swego grzbietu pod razy.

Także Wy, którzy tymi strudzonymi bywacie, albo prześladujecie innych, szarpiecie im brodę, a czytacie ten tekst, miejcie świadomość, że trzeba wychodzić poza swój świat i wchodzić w relację z innymi. Także przez komunikację. Wspierając, dając znak aprobaty dla wysiłków współczesnych Izajaszy, czy też – jako prześladowcy – daj Boże nieświadomi swej roli – komunikując swe oczekiwania wobec tych, którzy Wam jakoś zawinili.

Dla nas Chrystus stał się posłuszny aż do śmierci, a była to śmierć na krzyżu. Dlatego Bóg wywyższył Go nad wszystko i dal Mu imię, które jest ponad wszelkie imię. (Flp 2, 8-9)

Wystarczy że ON poniósł śmierć, jakże okrutnie cierpiąc. Po cóż wysyłać Go na krzyż po raz kolejny, krzyżując Go w bliźnich?

Pomyślisz nad tym? Zapraszam Cię do tego!

Opublikowano Biblia, Dzieje, Puncta, Słowa o Słowie, Słowo, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Narodowa kwarantanna czyli rekolekcje wiejskiego proboszcza

Ciekawa się wczoraj wymiana postów przytrafiła w tym oto wątku fejsbukowym:

Raz, że sam artykuł inicjujący dyskusję jest ciekawy, ale także dyskusja pod nim niesie w sobie istotne treści, wg mnie. Chcę się nimi podzielić z Wami, jak i zarazem zaprosić Was do kontynuacji dyskusji, zadumania nad łaską i cnotą wiary, nad czasem, w jakim jest nam dane wiarę przeżywać.

Jeden z biorących udział w dyskusji na FB – Radek, napisał bardzo trafnie i syntetycznie

„Człowiek dąży to tego żeby było mu dobrze. Jeśli coś nie odpowiada, szuka sobie tzw kozła ofiarnego. Jak czytam różne wypowiedzi, wiadomości, to ludzie obwiniają w dużej mierze Kościół. Ale dlaczego? Bóg wybacza. I co by nie czynili to i tak wybaczy. Ale jak sobie to wybaczyć w trudnych chwilach wyrzec się tego w co się wierzy, a gdy okaże się że sytuacja się uspokoiła wrócić i udawać że nic się nie stało?”

Faktycznie, gros ludzi tak podchodzi do życia – że mu było dobrze. Ma to swoje konsekwencje w ciągle wzrastającym egoizmie. Wstrząsnęło mną, jak dowiedziałem się z jakieś 16 lat temu, że poziom egoizmu w społeczeństwie średnio rośnie o 5 % co roku. Ten, kto o tym wówczas mi mówił, wspominał cos o 20 bodajże, może 25 % wysokości egoizmu w tamtym czasie, na początku lat dwutysięcznych. 5 *16 = 80. Zatem dziś mamy 100 procent egoizmu! Albo i ponad normę!  Oczywiście, nie musimy brać sobie tego poglądu do serca tak, jak Ewangelię, ale przyznajcie, że coś na rzeczy jest, prawda?

Wróćmy jednak do spostrzeżenia Radka, że człowiek zmierza ku temu, by mu było dobrze.  Egoizm wbija w pychę, która polega w dużej mierze na tym, że człowiek stawia siebie w miejsce Boga. Sam sobie ustala co dla niego będzie dobre, nie licząc się z Bożą wolą, nawet gdy codziennie wspomina słowa: „Bądź wola Twoja”.

Trzeba więc sobie odświeżyć, przypomnieć podstawową kwestię, która wiąże nas nie tylko moralnie i duchowo ale także tożsamościowo, wywierając wpływ na naszą wartość, bądź poczucie jej braku.

Otóż jakiś czas temu, każdy z nas, dorosłych katolików(do tych bowiem kieruję niniejszy wpis) powziął pewną specyficzną drogę życia. Droga ta już nie polega na tym, by „było nam dobrze”, lecz żeby dobrze żyć w normie obiektywnej, jaką jest Ewangelia Jezusa Chrystusa. Prawda? Genialnie Radek trafił z tym kozłem ofiarnym, przywołując go. Wiecie skąd to się wzięło? To czasy ST. Żydzi wypędzali na ofiarę diabłu Azazelowi, kozła – jako ofiarę dla tego diabła, żeby nażarł się koźlęciną, a ludziom dał spokój. Jezus skasował tamten układ. Wziął na siebie cały ludzki brud, po to, byśmy nie kombinowali, ale też po to, że jeśli żeśmy przekombinowali, to by było do czego wracać. Oczywiście, pamiętając o tym, że będą rany na głowie, rękach, boku i nogach.

Problem nasz dziś jest taki, że my sami sobie bogami jesteśmy. Nasze brzuchy, oczy, podniebienia, tworzymy sobie z ich pomocą bożki, które są nieme, głuche a więc nie wchodzą z nami w żywą relację. Odrzucamy więc hurtowo także poważne traktowanie Boga Żywego, Który ofiaruje nam prawdziwe życie, z prawdziwymi problemami, jak np. takimi, czy oddać respirator młodszemu? Czy postawić się 100 dilerom, mówiąc im że handlują śmiercią? Czy pracować za 1700 netto uczciwie od świtu do nocy, czy za 10 000 parając się nierządem? Etc.

Schodzimy na samo dno piekła, przerażamy się i umiera w nas nadzieja. Brak wybaczenia gotowy. Bo przecież nikt nam na pomoc nie przyjdzie z tych wszystkich bożków cośmy je sobie wymyślili, wyhodowali wręcz. A Jezus Chrystus to właśnie zrobił – wstąpił do Otchłani. Zgładził demoniczny układ z Azazelem. I to jest to, co mnie osobiście na ten obecny czas najbardziej trzyma w pionie.

Jest czas „Narodowej Kwarantanny”. Można a nawet należy ten czas mądrze wykorzystać, na chwałę Bożą i ludzki pożytek. Co do tego pożytku – zachęcam do obejrzenia hiszpańskiej produkcji „Platforma/El hoyo”. Ostrzegam – TO NIE JEST KINO DLA NIELETNICH!!! Jednak bezpardonowa dosadność wielu scen tego filmu może poruszyć czułe nuty sumień, serc, by uruchomić w sobie pragnienie przylgnięcia do Zbawiciela, Jezusa Chrystusa, Który ratuje nas od diabła, walcząc nieustannie o nas z nim.

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Mini-rekolecje, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Bóg kocha nas dzisiaj! – Pamięci ks. Piotra Pawlukiewicza

To było jakieś 6-7 lat temu. Zakrystia kościoła jednej z iławskich parafii. Ksiądz Piotr Pawlukiewicz zagaduje do ministranta, by teczkę z materiałami do kazania położył mu w określonym miejscu na ambonce. Ze dwa razy przed mszą dla pewności zapytał chłopaka, czy teczka jest tam gdzie powinna.

Nadchodzi moment wygłoszenia homilii. Ks. Piotr przez 20 minut wygłasza słowo, jak to on tylko potrafił. Dużo barwnych przykładów, także z jego życia, z dzieciństwa zwłaszcza. Homilie głosił na mszy w trakcie „białego tygodnia”. Ani razu nie dotknął nawet teczki.

Myślę sobie – ale gość! Tak mu zależało, tak się spinał, a nawet na nią nie spojrzał! Wszystko się wyjaśniło po mszy. Kaznodzieja zwraca się do proboszcza parafii – trzeba było powiedzieć, że macie biały tydzień. Przecież nie będę mówił do dzieciaków i ich rodziców o zakochaniu, randkowaniu i małżeństwie przy takiej okazji.

Całą wygłoszoną homilie wygłosił z kapelusza.! Zaimponował mi wtedy chyba najbardziej. Owocem tamtego wydarzenia jest fakt, że dbam o to, by mieć z reguły na tak zwanym „podorędziu” z jedną, czy dwie homilie „uniwersalne”, by nie robić problemu w razie „zakłóceń na łączach”.

To był; jeden jedyny raz, kiedy na żywo spotkałem już nieżyjącego księdza Piotra Pawlukiewicza. Samo pierwsze wrażenie, jakie na mnie wówczas wywarł, kiedy się witaliśmy, będzie niezapomniane. Takiego będę go pamiętał: skromnego, pokornego, zwyczajnego księdza, w obecności którego dobrze się czujesz. Ogrzewającego zwyczajnością, nie zaś oczekującego ochów i achów zachwytu nad nim roztaczanych.

Jak usłyszałem jesienią 2019 roku z jego ust akceptację dla choroby, to się wtedy bardzo wzruszyłem. Do łez.  Ksiądz Piotr mówił, że to jest trochę tak jak w wojsku, że Pan Jezus mówi: Pawlukiewicz, Ty mi teraz będziesz służył jako chory na Parkinsona. A on odpowiada: salutuję, melduję: tak jest! I idę dalej. Moje poznanie księdza Piotra, doświadczenie bycia przed tymi kilkoma laty tylko potwierdziły tę jego akceptację dla stanu, jaki stał się jego udziałem.

Dziś, kiedy dowiedziałem się o śmierci zacnego kapłana, rekolekcjonisty, znów się wzruszyłem. Znów do łez. Cisną mi się do oczu nawet teraz, kiedy piszę te kilka zdań. Wyjąłem jedną z serii konferencji ks. Piotra, by usłyszeć jego ciepły głos, będący niewątpliwym dla mnie świadectwem, że on wiedział o Kim mówi. Głos nie klerykalny, landrynkowy, egzaltowany. Głos, który według mnie jest owocem łaski odkupienia, dziełu odkupienia służący.

Popołudniową porą, kiedy rozmawiałem z mym kolegą o ks. Pawlukiewiczu, dotarło do mnie, że wielu z ludzi będzie miało jedne z najpiękniejszych, bogatych duchowo i krzepiących rekolekcji. Ksiądz Pawlukiewicz wygłasza właśnie swoje ostatnie rekolekcje na tym świecie.! Masa wspomnień w internecie, ponoć pogrzeb ma TV transmitować – czy można sobie wyobrazić coś bardziej sensownego, budującego w tym jakże ciężkim dla nas wszystkich czasie walki z epidemią? Jakże bardzo mocne słowo daje nam Bóg poprzez te wszystkie zdarzenia!  Ksiądz Piotr jeden z cyklów swoich konferencji wydał pod hasłem: Albo będziesz nikim! Każdy moment naszego życia to czas opowiadania się za Bogiem i Jego sprawami, albo przeciw Niemu. Dziś, kiedy tyle smutku, niepewności wokół nas, planów jakie roztaczamy, Bóg mówi do każdego z nas: kocham Cię, dziecko! Przed Tobą trudna droga, ale razem damy radę! Nie bój się, wierz tylko! Ks. Piotr Pawlukiewicz dla mnie jest widzialnym, dotykalnym, obecnym w mej pamięci dowodem tych właśnie słów, które pan daje nam w Ewangelii. A te ostatnie rekolekcje ks. Piotra są dla mnie i myślę, że nie tylko dla mnie, troską Boga o to, by przekonanie o Jego działaniu pełnym miłości, zapraszającym do uczestnictwa w dziele zbawienia i odkupienia, rozeznając, jaki plan – przydział ma dla mnie Bóg. Bym i ja, jak mój brat w kapłaństwie, zasalutował Panu Jezusowi, przydział przyjmując i realizował misję, do której pan mnie posyła!

Księże Piotrze! Do zobaczenia w najlepszych czasach!

Opublikowano Dzieje, Mini-rekolecje, Variae | Otagowano , , , , , , , , , , | 2 Komentarze

Filmy z duszą. Le Mans 66 Ferrari vs Ford

* Dziękuję Staszkowi/@poldkowi34 za zainspirowanie mnie, wskutek czego sięgnąłem po film a w rezultacie skreśliłem tych kilka zdań recenzji

Dawno już nie pisałem o filmach z duszą. Oto nadarzyła się okazja, by zatrzymać się na wątku filmowym.

Matta Damona znałem dotąd z produkcji typowo dla twardzieli – cała seria Bourne`a w nowej odsłonie. (Swoją drogą, też polecam cały zestaw filmów o komandosie, który został dosłownie „zbudowany”, ale który zachował gdzieś z zakamarku swej podświadomości to, skąd pochodzi i dokąd zdąża. )

„Le Mans 66 / Ford v Ferrari” – bo tym obrazie mowa, to sprawnie opowiedziana historia dotycząca słynnego francuskiego wyścigu Le Mans. W historii tej pojawiają się nazwiska osób, które faktycznie istniały i miały swój udział, czy wręcz wkład w ów wyścig. Można się wprost przekonać, że to motosportowe wydarzenie, to nade wszystko walka mentalno-ambicjonalna, jaką podejmują szefowie koncernów samochodowych. Tu konkretnie Ferrari i Forda. Jednak główni bohaterowie obrazu Jamesa Mangolda to przyjaciele: Ken Miles oraz Carroll Shelby.

To ci dwaj panowie tak naprawdę robią cały ten film. To jest ich czas, w którym na siebie oddziałują. Tak przynajmniej ja to odebrałem. Opanowany, choć totalnie oddany pasji Ken oraz mimo życiowej, historycznej sławy, nie całkiem spełniony Carrol idą w szranki z ludźmi, których elegancja i szyk są wprost proporcjonalne do bezduszności i pompowania swego ego za wszelką cenę, nawet po trupach. Ci główni bohaterowie są jakby odtrutką na draństwo, które wokół nich się ciągle kręci. I co mnie osobiście cieszy, między Kenem i Carrolem jest prawda, szczerość. Prawdziwa, męska, do bólu czasem wręcz dosłownie. A to klucz poleci w kierunku Shelby`ego, a to się jak zapaśnicy na trawniku nawalają – ale wszystko po to, by więź się zacieśniła, by wydała największy owoc w ostatnim akcie filmu.

To nie jest film o kryształowych postaciach, ale za to pokazujący odbiorcy, że można być wierny zasadom, że to nie kładzie się nigdy cieniem na życiu jednostki. Przeciwnie, wnosi światło w jej historię, mimo, iż nie zawsze jest w niej happy end według naszych przewidywań.

Le Mans. Ferrari vs Ford to niezła porcja treści, które uczą, wychowują, wzruszają, czasem też śmieszą. Co najważniejsze, wnoszą w serce pokój. Można by by zaryzykować w związku z tym tezę, że jest to film przemodlony.

Gorąco polecam, szczególnie w obecnym czasie, kiedy można w ramach organizacji czasu domowo-rodzinnego zorganizować kino familijne.

Opublikowano Filmy z duszą, Variae | Otagowano , , , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pamiętnika wiejskiego proboszcza. Dziennik z czasów epidemii 1

Od paru dni świat spowolnił. Koronawirus to słowo, które dominuje w przekazach dnia, od informacji, przez felietony, na memach skończywszy. Ot, taki znak czasu.

Patrzę na to, czego doświadczam jako ksiądz, proboszcz w małej, wiejskiej parafii, gdzie mieszka kilkaset osób. Mam swoje refleksje, sądy, frustracje – a jakże! – ale nie będę się nimi póki co dzielił z Tobą, Czytelniku. Chcę się bardziej skupić na narracji oraz na wglądzie w siebie, szczególnie chyba właśnie na tym drugim.

Zapewne będzie to pewien cykl wpisów, i postaram się, by nie zanudzać Cię nimi, Czytelniku. Sam bronię własnego przekonania, że teksty im dłuższe, tym mniej prawdziwe, czy opisujące rzeczywistość. Długie gadanie/pisanie, to zanudzanie. Im mniej cudzych słów, tym więcej miejsca pod samodzielne myślenie, odkrywanie przestrzeni pod kreślenie własnych odniesień.

Wszystko zaczęło się w zasadzie od czwartku, 12 marca, czyli od rekolekcji wielkopostnych w parafii. Rekolekcjonista skupił się w nich na zagadnieniu ołtarzy w życiu chrześcijanina. Na ołtarzu Eucharystii, życia rodzinnego/wspólnotowego i ołtarzu łoża małżeńskiego – przy czym trzeba powiedzieć jasno, że nie chodzi tu o seks. Przez kolejne 3 dni głosił słowo o kolejnych ołtarzach. W tym samym czasie rozwijała się historia ze stanem epidemiologicznym w Polsce. Przychodziło bardzo mało ludzi. Komunikaty rządowe, jak i też ze strony hierarchii kościelnej zachęcały do rezygnowania z udziału w dużych zgromadzeniach, ponad 50 osobowych. Podczas 3 dni rekolekcji frekwencja była taka, jak podczas 1 dnia w zwyczajnym czasie. Potem była niedziela, podczas której na 3 mszach było łącznie maksymalnie 50 osób. Na jednej z mszy zapytałem, czy pamiętają moi parafianie taką frekwencję z jakiejkolwiek innej niedzieli w swoim życiu. Zaprzeczyli. A było bodaj z 11 osób.

Takie były okoliczności rekolekcji, takie było tło, które mi zostało dane także jako temat pod duchowe rozważenie. Takie rekolekcje w rekolekcjach.

Widzę już ich owoce. W odpowiedzi na apel przewodniczącego KEP, udaję się na 20.30 na naszą parafialną Górę Tabor, by modlić się na Różańcu w intencjach związanych z epidemią, by towarzyszyć w ten sposób ludziom, których ona bezpośrednio dotyka, czyli tak naprawdę, za nas wszystkich.

Rozmawiamy z kolegami. Jednym z często pojawiających się w rozmowie pytań, jest to: dokąd to wszystko nas doprowadzi? Patrzymy, wyglądając celu. Coś nam chyba umyka. Jezus mówi o Sobie, że On Jest Drogą i prawda i Życiem. Poza tym, wszystko jest Przez Niego, dla Niego i z Nim. Teraz, i w naszym „Tu” jest czas i sposobność, by sobie to wszystko na nowo poukładać, poodkrywać. Odmieniamy przez przypadki nazwę epidemii, zamiast wzywać Pana… I nie, nie żeby „zaklinać” rzeczywistość, zakrzyczeć ją imieniem Jezus. Lecz by znać rzeczy miarę, tę najistotniejszą: być człowiekiem miłosierdzia, szukającymi upodobania u Boga, a nie gdziekolwiek indziej.

Panie, miej cierpliwość nade mną, a wszystko Ci oddam!

Opublikowano behawioryzm, Biblia, Dzieje, Słowa o Słowie, Variae | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , | 13 Komentarzy

Keep calm and don’t be kocia łapa!

Od niepamiętnych czasów znam powiedzenie, określające życie mężczyzny i kobiety na wzór małżeństwa ale bez formalnego związku, czy to cywilnego, czy kościelnego. Życie na kocią łapę. Nigdy jednak jakoś głębiej nie wchodziłem w etymologię tego określenia. Wiedziałem, że pojęcie wierności u wielu zwierząt jest, powiedzmy sobie szczerze – fakultatywne. I w ta stronę rozumienie owej „kociej łapy” zdążało i pewnie nadal zdąża u wielu.

Jednak wczoraj dokonał się pewien przełom, czy raczej doprecyzowanie etymologiczne, czy kulturowe w tej kwestii.

Chodzi o to, że kot to w wielu kulturach symbol cwaniactwa, wredności, niewdzięczności. Mało tego, to także atrybut wróżek, czarownic. Te drugie zwłaszcza, w temacie „kociej łapy” tłumaczą w czym problem. Czarownice kojarzą się z paktowaniem z diabłem, a kot bywa niekiedy utożsamiany jako ucieleśnienie demona, a przynajmniej jego służki. Niech będzie tu wystarczającym przykładem, postać kota Behemota w powieści Bułhakowa, Mistrz i Małgorzata. Biorąc pod uwagę fakt, że diabeł to antychryst, małpa Pana Boga, ta „kocia łapa” wzorem prawicy kapłana, dokonuje antybłogosławieństwa mężczyzny i kobiety, zamykając ich tym samym na możliwość korzystania z sakramentów świętych. Odtąd trudno im pełnić wolę Bożą, realizować Boże wezwanie do świętości – zarówno w jej realizowaniu jak i w świadczeniu o niej wobec innych.

Tu postawię kropkę, póki co przynajmniej w kwestii duchowych konsekwencji powyższego odcięcia się od źródła łaski. Zakończę, odwołując się do argumentu wielu zwolenników „kociej łapy” – to dziś nikogo nie dziwi, to powszechna praktyka, takie czasy.

Święty Augustyn, biskup, doktor Kościoła mawiał:

„Raz wybrawszy, ciągle wybierać muszę”

Marylin Monroe zaś mówiła

„To ogromnie ułatwia wybór, gdy wszystko jest jednakowe.”

Dwie postacie. Biskup i celebrytka. Biskup z wielu rzeczy rezygnował, w rezultacie został świętym i nauczycielem świętości dla wielu. Celebrytka zaś cały czas wyzwala atmosferę skandalu, zgorszenia i smutku.

Dlatego też, jeśli wahasz się w wyborze, Drogi Czytelniku, z całego serca zachęcam Cię: Keep calm and don’t be kocia łapa!

Opublikowano behawioryzm, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , | 9 Komentarzy

Celibat II

Przeczytałem sobie tekst p. Sporniaka z Tygodnika Powszechnego 4/2020 o celibacie właśnie. I powiem to samo co autor – celibat jest czymś funkcjonalnym, dyscyplinarnym w Kościele, nie ontologicznym i dogmatycznym. Jest pewnym znakiem czasu, mającym spełnić określone zadanie. Dziś, kiedy mamy taki ogromny kryzys rodziny, może warto wgłębić się w ten znak czasu właśnie? W jaki sposób? Znosząc celibat? Nie wiem, ufam Kościołowi, że przy użyciu właściwych narzędzi rozezna co będzie dobre dla trwania i rozwoju Ciała Chrystusa w świecie nam współczesnym.

Nie będę walczył przeciw celibatowi, nie będę morderczo go bronił. Zachowuję celibat wraz ze wszystkimi tego konsekwencjami i widzę, jakie dobro z tego dla mnie płynie. Widzę też braki oraz zło, które także się materializuje. To mi pokazuje, ile jeszcze potrzebuje się natrudzić jako człowiek, czy zdążać ku pełni człowieczeństwa.  Za dobro dziękuję Bogu i Kościołowi, za zło wynagradzam, starając się też bardziej wnikać w swoją wolę, w duszę, odkrywając tym samym źródło zła jak i też Źródło Łaski. Tutaj jakiś czas temu pisałem o tym szerzej. Natomiast tu ogólnie o celibacie i dziewictwie. Też warto zajrzeć.

Chrześcijaństwo to dla nas, wierzących, przestrzeń życiowa, środowisko wzrostu.  Wszystko, czego tu, w tym świecie doświadczamy, ma nas doprowadzić do zgłębiania tajemnicy Bożego działania, jakie jest nam zagwarantowane przez Trójjedynego Boga. Mówiąc kolokwialnie, mamy odkrywać Ojcostwo Boga, tak jak dziecko odkrywa, jaki to skarb mieć przy sobie Tatę: bo na sankach powozi, nauczy gwoździe wbijać, pokaże jak się modlić, jak motyle łapać, jak umierać z godnością, w poczuciu spełnienia się. 17 lat temu Bóg dał mi swoją obietnicę, swoje Słowo – posyłam Cię jako księdza do pracy w Kościele. Co jakiś czas to Słowo nabierało obfitości, hmmmm, ciała. Cały czas to się dzieje. Jakich kształtów nabierze, jak się rozwinie? Misterium fidei! Byleby nie był to stwór na kształt tego, o którym czytamy w Dn 2,31-45

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Variae | Otagowano , , , , , , , , , | 25 Komentarzy

Miecz jak klucz albo klucz jak miecz

Nie jeden raz już tak było. Spotykam się z parafianami na kolędzie pierwszy raz. Nowy człowiek w parafii, nowych ludzi spotyka. Pojawia się niejaka trudność polegająca na tym, jak poprowadzić rozmowę, na czym ją skoncentrować. Leży obok krzyża i zapalonych świec Biblia. Sięgam po nią, otwieram na losowym fragmencie i czytam. Czasem daję parę słów komentarza, czasem jakieś pytanie postawię (pod medytację, nie dla przepytywania kogokolwiek). Czasem z fragmentu przeczytanego wyprowadzam modlitwę powszechną, polecając w niej sprawy danej rodziny, odnosząc je do wybranego fragmentu. Jakież to wtedy się cuda potrafią dziać! Jakie sprawy wychodzą na światło dzienne! Cała gama postaw się też ujawnia niejednokrotnie. Ziszcza się Słowo Pana, iż jest Ono jak miecz obosieczny, albo jak książeczka, która ma być spożywana przez Autora Apokalipsy – wpierw gorzka, ale zaraz wkrótce mająca stać się słodyczą.

Patrzę na dzisiejszą Ewangelię. Jest przebogata w treści. Każde zdanie to okazja do głębokiej zadumy. Ja się chcę krótko odnieść do jednego detalu. Przy opisie powołania Andrzeja i Piotra oraz Jakuba i Jana, Ewangelista Mateusz zauważa, że oni <<natychmiast>> poszli za Jezusem. Rzucili dosłownie te sieci, i bez opieszałości, zbędnych słów, podążyli za Jezusem.

Znacznie bardziej niż kogoś, znam siebie. Wiem, jak mi jest ciężko podjąć się różnych, nawet codziennych zadań. Nieraz jest tak, że mając się zająć czymś, po drodze zajrzę to tu, to tam, zatrzyma się, na cos spojrzę, czy o czymś pomyślę, by za moment zapomnieć co miałem zrobić, dokąd pójść, etc. Potrzebuję „naprężyć muskuły mózgu”, żeby wejść na właściwy tor działania. Jeśli to się zdarza w sprawach banalnych, rutynowych, to co dopiero, gdy idzie o te najważniejsze, zbawienne!?!

Jezus nieustannie nas, mnie powołuje do apostolatu, do zbawienia. Robi to w konkretnym czasie: tu, i teraz. Stawia mnie w konkretnych okolicznościach, stwarzając tym samym okazję do dania Mu odpowiedzi – nie tyle słowem, co czynem. Zgodnie z Bożą logiką: Na początku było Słowo…

Opublikowano Biblia, Formacja Sumienia, Słowa o Słowie, Słowo, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Z pamiętnika wiejskiego proboszcza: rozważań zdań kilka nt szczęścia

Lata temu, kiedy studiowałem w elbląskim WSD, miałem kolegę, Pawła. Były to czasy, kiedy telefonia komórkowa w Polsce dopiero raczkowała, mało kto więc posiadał wówczas telefon. Paweł, kiedy się poznaliśmy w 1997 telefonu nie miał. Ani też zegarka na ręku nie nosił. Mówił, że zakochani i szczęśliwi czasu nie liczą. Miał siebie za uczestnika tak zakochania jak i szczęścia. Zapytany, jak sobie radzi choćby z podróżowaniem środkami komunikacji publicznej, odpowiadał – zawsze jest ktoś z zegarkiem, zawsze jest jakiś zegarek gdzieś, więc nie ma problemu.

Minęło trochę czasu, i okazało się, że Paweł zakochał się i szczęście znalazł w małżeństwie i rodzinie. No i fajnie, bo takie to jest życie, że nie ma w nim gotowych scenariuszy. I to, że ktoś zaczął WSD nie oznacza, że musi je jako duchowny opuścić, jak i w druga stronę – narzeczony, nawet zaręczony, zawsze może stanąć jako prezbiter jakiejś lokalnej wspólnoty Kościoła. To co istotne, co jest sednem w obu tych przypadkach – by Bóg był centrum mego szczęścia.

Chodzi „za mną” ten temat, jaki chcę dziś podjąć na blogu już od długiego czasu. A jest nim szczęście, czy pytanie o nie lub jeszcze bardziej, medytacja nad szczęściem, na jego definicji, próbie określenia jako czegoś co jest, bądź nie – obecne w mym życiu.

Jestem chrześcijaninem. Moim szczęściem jest, a może częściej – powinien być samoudzielający się mi i innym, Bóg. Solo Dios basta, jak pisała w swoim czasie Święta Teresa z Avilla. Przychodzi On do mnie w Jego Słowie (Biblii), w liturgii, na modlitwie, w sakramentach, w bliźnich. Przychodzi, bez wątpienia! Ma nie tylko zegarek, czy komórkę, ale znacznie więcej: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (zob. Ga 5, 22-23). Będąc tak obdarowanym, człowiek niczego więcej nie potrzebuje.

A jednak…

… jest różnie, nierzadko szaro-buro, gorsząco.

Patrzę na swoją aktywność w social media, wnikam w głąb swego serca, duszy i umysłu – i Bogu Najwyższemu dzięki, że ten wgląd daje! Wpisy nigdy niewysłane idą w ostatnich latach w setki! A i tak czasem coś się wymknie i potem się wznosi tajfun niepokoju. Ta odmiana frontu walki duchowej, jakim jest tak zwana „wirtualna rzeczywistość”, to plastyczny dowód na to, że walka z przeciwnikiem Boga jest wielce nierówna. I z jednej strony, uczę się pokory, z drugiej jednak, czuję, że kończy się chyba tu mój czas. Może to takie trochę „szczęście w nieszczęściu”? Trzeba zebrać parę razy po „łbie”, żeby wreszcie dotarło…?

Trwają odwiedziny duszpasterskie wiernych, także u mnie w parafii. Wiadomo, że nie da się wszystkiego dotknąć w ciągu nawet i godziny spotkania kolędowego, bo i na takie mogę sobie pozwolić. To jest realne życie, świat ludzkich doświadczeń, twarzy, głosów – często bardzo spragnionych szczęścia właśnie. Wiem, bo sam tego potrzebuję i dzięki Bogu – otrzymuję! Spotykając się z Parafianami, ich gośćmi, ale też z ma rodziną, znajomymi, przyjaciółmi, czy tez przypadkowymi osobami tu i ówdzie.

Wiem, że wnoszę w świat mediów elektronicznych jakąś wartość. I poprzez to mam prawo do jakichś oczekiwań, czy wręcz wymagań, by wartościowości się domagać, by jej bronić i o jej etos zabiegać. Jednak, jak mi tez dziś przypomniał Św. Franciszek Salezy: Trzeba (…), aby każdy rozwijał pobożność odpowiednio do swych sił, zajęć i obowiązków.

Mam kilka postanowień na ten rok, pośród nich właśnie dostosowanie się do zaleceń świętego Franciszka Salezego. Wszystkich przychylnych mi proszę, byście mnie reprymendowali, na wypadek, gdybym o tym swoim postanowieniu zapomniał i zagalopował się w naśladowaniu Don Kichota, zamiast Chrystusa!

Opublikowano behawioryzm, Dzieje, Słowo, Variae, Życie Duchowe | Otagowano , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , | 9 Komentarzy